poniedziałek, 22 września 2014

Rozdział 4



Woda lała się mocnym, ciepłym strumieniem, na mój kark, łagodząc ból spiętych mięśni. Dopiero teraz, pod koniec dnia, poczułam jaka jestem zbolała. Stojąc w przyjemnym deszczu i  mrużąc oczy, włączyłam radio, wmontowane na stałe w kabinę prysznica. Cała łazienka zatonęła w dźwiękach muzyki, jednej z nowojorskich  całodobowych stacji radiowych. Bezwiednie zaczęłam nucić graną piosnkę. Była energiczna. Rockowa. Łatwo wpadała w ucho. Ostatni refren zaśpiewałam, nieco fałszując, wraz z głównych wokalistą.
- To była grupa 5 Seconds of Summer, nowość na listach przebojów Ameryki, no i świata. Jak widać  secondo of Summer radzą sobie całkiem nieźle, co Max? – zagadnął spiker, radosnym, nadpobudliwym głosem człowieka, którego rytm dnia mocno odbiega od  normy.
- Racja, Stive.- opowiedział drugi facet imieniem Max. – Muszę jednak zmartwić fanki, bo te szalenie przystojne chłopaki robią sobie aż miesięczne wakacje, po półrocznej stracie po Europie! Ich wokalista Luke Hemmings napisał wczoraj na jednym z portali społecznościowych, że swoją przerwę spędzi w NY. No, stary ale wybrałeś! Nie wiem czy wiesz, ale to miasto wyciśnie z ciebie resztki sił! Mogę ci obiecać, ze spać tu na pewno nie będziesz, a dziewczyny…
Nigdy nie dowiem się, co Stive miał do powiedzenia o nowojorskich dziewczynach, bo walnęłam pięścią w radio, uciszając je raz a dobrze. Spłukałam z siebie resztkę kokosowej piany i gdy okręcałam się niebieskim, puchatym ręcznikiem, ktoś załomotał w drzwi:
- Car, wyłaź! – to Jacob. Znów miał mi coś ważnego do powiedzenia. Dla mojego menagera nie liczyło się, czy jest pierwsza w nocy, czy dwunasta w południe. Czy ja, jego podopieczna, śpię, jem, pracuję, czy może właśnie się kąpię. Chodziło tylko o przekazanie informacji, wiadomości, newsa, plotki, rzucenie komendy. Westchnęłam i związałam w kok moje mokre włosy. Później je wysuszę. Otworzyłam mu drzwi, a on od razu wszedł do środka, machając dłonią i kaszląc spazmatycznie.
- Cholera kobieto, to nie sauna! Chciałaś się udusić?- w całej łazience było aż gęsto od unoszącej się tu pary. Nie przeszkadzała mi ona. Kochałam gorącą kąpiel.
- Co tam, Jake?- spytałam go po prostu. Nie odczuwałam skrępowania, przez to, że mam na sobie jedynie jakiś ręczniczek. Mój przyjaciel widział mnie w dużo gorszym stanie…
- Dobre wieści!- aż klasną w dłonie, a cała twarz mu się rozpromieniła. – Żaden z producentów nie wycofał się ze współpracy z tobą, a Tim przed chwilą osobiście do mnie zadzwonił, by pogratulować mi mistrzowskiego rozegrania sprawy z tym wywiadem. Bo wiesz- Jacob zaśmiał się krótko- on myśli, że Jane to wszystko za moim cholernym kierownictwem, by dodać jego produkcji trochę więcej eee… lśniącej diamentami oryginalności i zdrowego hollywoodzkiego rozgłosu. Kazał się pozdrowić… Tak czy inaczej, jeśli chodzi o twojego „chłopaka- Luka”, to on właśnie umieścił notkę na Twitterze, że jedzie…
- Do Nowego Yorku. Taaa, nic już nie mów, słyszałam w radiu. – przerwałam mu bezdusznie.
Jacob przez chwilę wyglądał, jak sflaczały balonik, z którego uszło powietrze, bo nie pozwoliłam przekazać sobie cudownych  wieści, ale po chwili znów tryskał niewiarygodnym entuzjazmem.
- Otóż to, Car!- wykrzyknął.- Wiesz, co to oznacza? Oznacza to, że wszystko jest już oficjalne i ani ty, ani tym bardziej on, nie możecie się już wykręcić, niezłe co? A teraz susz włosy i spać, bo jutro masz mi wyglądać jak milion dolarów!
Cały uszczęśliwiony wybiegł z łazienki, znowu gdzieś dzwoniąc.. Westchnęłam tylko i wzruszyłam ramionami. A wiec to już postanowione. Czułam się, jakby ktoś zmuszał mnie do małżeństwa. Oczywiście sama byłam sobie winna losując, a nie spokojnie przeglądając kandydatów, ale teraz moje dziewczyńskie rozczulanie się nad sobą, nie miało najmniejszego sensu. Wszelki opór był bezcelowy. Nie było odwrotu i teraz kiedy był już jako taki plan, w którym praktycznie wszystko mogło pójść nie tak jak powinno, mogłam tylko marzyć o jego powodzeniu i krótkiej, bezbolesnej znajomości z niejakim Lukiem Hemmingsem wokalistą zespołu punk-rockowego 5 Seconds of Summer z Sydney w Australii
                                                     ***
Około czterdzieści minut po ustalonej godzinie wreszcie zadzwonił dzwonek. Jacob wyskoczył ku drzwiom, jak z procy krzycząc: „ Już otwieram, już otwieram”. Ja natomiast zapadłam się jeszcze niżej w swoim puchatym fotelu i przyciągnęła, czytany kryminał bliżej oczu, tak że teraz kartki stykały mi się z czubkiem nosa. I tak próbowałam czytać, ale nie rozumiałam ani jednego słowa. Przekręciłam kartkę, nawet nie kończąc kartki. Byłam cała podenerwowana, jakbym za parę minut miała pisać okropnie trudny egzamin z chemii, od którego zależą dalsze losy całego wszechświata. Jednym słowem, słysząc wesołe odgłosy rozmów w hallu, skuliłam się jeszcze bardziej, tak, ze kolana miałam tuż przy czole. Książka spadła głucho na podłogę, jakby chciała mnie wydać. Moja sytuacja była po prostu beznadziejna! Spoglądając pół okiem, znad uda, na okno, odczuwałam szaleńczą chęć ewakuować się przez nie. Głosy były coraz bliżej. Słyszałam każdy ich krok. W końcu wszystko ucichło i już wiedziała, że stoją w salonie, a ja musze wyglądać jak postrzelona idiotka, wypisz, wymaluj z artykułu Jane.
- Carmen, choć tu Słonko. – odezwał się Jacob, tonem zdenerwowanego rodzina, który chce przedstawić, swoje chorobliwie nieśmiałe dziecko, znajomym. 
Będzie dobrze, będzie dobrze, będzie…. Zacisnęłam wargi i wstałam sztywno, wciąż odwrócona do przybyłych tyłem. Wygładziłam bluzkę i obciągnęłam lekko za krótkie, sprane rock’n’rollowe spodenki, które kupiłam jeszcze zanim rozpoczęłam karierę. Normalnie nigdy nie zachowywałam się tak dziko i nienaturalnie. To stresujące i dziwaczne sytuacje tak na mnie działają. Car, weź się w garść, graj i baw się dobrze.- powiedziałam sobie w myślach, odwracają się na pięcie i posyłając wszystkim uśmiech, umysłowo pozostawiającej wiele do życzenia. 
Mój wzrok najpierw padł na mojego przyjaciela, który także uśmiechał się w chorobliwy sposób i gorączkowo pokazywał oczami w lewo. Odwróciłam głową w tamtą stronę i …
On tam stał. Wyluzowany, z rekami w kieszeniach czarnych, stanowczo za ciasnych spodniach, które opinały się na nim, w niektórych hmm… strategicznych miejscach….  Poczułam, że się rumienię, więc czym prędzej przeniosłam wzrok na jego twarz. Miał jasne spojrzenie marzyciela, który nie chce zdradzać się ze swoją wrażliwością. W ładnych ustach czaił się filmowy, łobuziarki uśmieszek, co potęgował kolczyk w dolnej wardze. Chłopak imieniem Luke przeczesał dłonią włosy, także badawczo mi się przyglądając. Uśmiechnął się z zakłopotaniem, jakby patrząc na mnie  nie wiedział, co ze mną począć. Jakbym była szczeniaczkiem, którego ktoś porzucił mu w kartonie na próg, bez  żadnego listu ze słowem wyjaśnienia.
- Cześć.- odezwałam się pierwsza, żeby zminimalizować wrażenie, że jestem dzikusem.
-Hej. – powiedział na wydechu, jakby całe to zapoznawanie się okropnie go nudziło. Nie spodobało mi się to. Ej, koleś, to może ziewnij, bo nikt nie dostatecznie zauważył, jak bardzo ci coś nie pasuje.-pomyślałam. Chyba było widać, ze coś poszło nie tak, na samym wstępnie, bo Jacob przerwał rozmowę z jakimś facetem, który musiał być menagerem Luka i podszedł do nas.  
- Car, Luke no to przedstawienie czas zacząć, nie? Idźcie się pokazać , a my uzgodnimy szczegóły. – powiedział dziarskim głosem, jak opiekun na obozie, zachęcający dzieci do bliższego poznania się.
Z minuty na minutę cały plan coraz mniej mi się podobał. Z moich mrocznych wizji ucieczki od tego lalusia, wyrwał mnie ciepły, męski głos:
- To co? Ubieraj płaszczyk i idziemy się zabawić.- to Luke. Skinął na mnie podbródkiem, przeczesał włosy wyuczonym ruchem i ruszył pewnym krokiem do wyjścia.
Zabrałam z oparcia fotela swoją skórzaną torbę i ruszyłam za nim, tupiąc głośno swoimi botkami  na twardym obcasie, Wyszłam z mieszania, bez słowa pożegnania, zatrzaskując za sobą drzwi. Luke stał uparty luźno o ścianę, jakby właśnie pozował do jakiejś gigantycznej sesji zdjęciowej i uśmiechał się głupio, patrząc na mnie z góry.
- A gdzie twój płaszczyk, co „ Car”?- zapytał zaczepnie. Minęła go z rozpędem i rzuciłam przez ramię:
- Nie mam płaszczyka. Ciepło jest. I nie nazywaj mnie „Car”. Dla ciebie jestem Carmen, no chyba że zapyta cię dziennikarz, wtedy śmiało nazywaj mnie jak chcesz, tylko nie kotek, czy rybka, albo myszka. Nie, myszka odpada.
Wiedziałam, że nie tak powinno rozpoczynać się nową znajomość, szczególnie taką, jak ta nasza, ale co poradzę, że coś w nim okropnie mnie irytowało. Możliwe iż był to fakt, że Luke doskonale wiedział o swoich zbyt ciasnych, strategicznych spodniach…
- Spoko, słonko. – powiedział chłopak, podnosząc ręce w geście kapitulacji.
Ruszyliśmy korytarzem, zjechaliśmy windą na sam dół, ale tuż przed rogiem, za którym znajdował się przestronny hall z recepcją, Luke chwycił mnie za dłoń. Jego ciepły dotyk sprawił, że po moim ramieniu rozszedł się niespodziewany, ostry dreszcz. Zerknęłam na niego, ale on wyglądał, jakby nic się nie stało.  
- Tu aż się roi od tych wścibskich kretynów, więc lepiej włącz tryb gry i pokaż wszystkim, jaką jesteś dobrą aktorką.- stwierdził przyciszonym głosem w swoje ramię. – Jesteśmy parą. Zakochani bez pamięci. Nie widzimy poza sobą świata. Także wiesz, to ma być profesjonalne kino dla wymagających- Luke przypominał motywującego trenera.
Zacisnął mocniej palce na mojej dłoni i pociągnął za sobą do hallu. Od razu otoczyła nas chmara dziennikarzy. Nie mam zielonego pojęcia skąd oni wiedzieli gdzie i kiedy mają być i czy im się to opłaci… Choć… Gdy teraz tak sobie myślę, to Luke zapewne nie za bardzo starał się ukryć fakt, co go tu sprowadza. Trochę to żenujące, ale da się z tym żyć… Jeśli trzeba.
Tak jak mówił mój „ chłopak” ( od siedmiu boleści), przełączyłam się na tryb gry. Byłam w swoim żywiole artysty. I, jak zauważyłam podczas krótkich rozmów z rozwrzeszczanymi reportami, Luke też nieźle sobie radził. Uśmiechał się do mnie z maślanymi oczami, używał słodkich słów („Kocham, kocham kocham…”) i co chwilę całował mnie przelotnie w policzek. Gdyby spróbował w usta, prawdopodobnie dostałby mocnego, prawego sierpowego, pozbył się kilku zębów, a ja mogłabym się pożegnać z dopiero co rozkwitającą karierą aktorki. Chłopak musiał czuć zagrożenie, więc nawet nie zbliżał się do punktu „U”. 
Gdy wychodziliśmy budynku ręka Luka zjechała po moich biodrach nieco za nisko i czym prędzej, jak oparzona, podciągnęłam ją sobie łokciem na połowę pleców. Chłopak prychną i popatrzył na mnie złośliwie.
- Słonko, to ma być przekonujące przedstawienie, czy teatrzyk dla ubogich? – zapytał sarkastycznie, pozwalając swojej dłoni zsunąć się spokojnie na moje pośladki. Popatrzyłam na niego spode łba, ale już nie zaprotestowałam . Wiedziałam, ze jutro dłoń luka na moim tyłku na pewno obiegnie już dwa razy Internet, a gazety pokuszą się o kolorowy druk na błyszczącym papierze. 


                         http://38.media.tumblr.com/09749e4e36ffa1d15a1bad8a3c23133b/tumblr_n6amwmFx091t999oko1_500.gif

niedziela, 21 września 2014

Rozdział 3



Jane stworzyła dla mnie istne prywatne piekło. Pisała, że choć jestem całkiem ładną, dobrze zapowiadającą się „aktoreczką”, to nadaję się jedynie na słodziutkie filmy Disney Channel dla nastolatków. Według niej jestem też nudna, cicha i dziwi ją, że ktoś taki jak ja dał radę wyściubić choć skrawek nosa zza stan Arizony, gdzie dotąd mieszkałam i lepiej byłoby dla mnie, gdybym tam  wróciła i została do śmierci. 
Rozmowa z nią była co najmniej trudna. -pisała ta krowa- Zamknięta w sobie, chorobliwie nieśmiała i w dodatku bez kaszty aktorskiej ironii i kokieterii, które urozmaicają rozmowy, Carmen Michelson ( lat 24), siedziała jak trusia i czekała na proste, krótkie pytana, na które odpowiadała równie zwięźle i nużąco ( najczęściej tylko ‘Tak” lub „Nie”). 
- Co za suka!- wrzasnęłam na cały samolot, tak że kilka najbliżej siedzących osób, odwróciło się w nasza stronę z wyrazem dezaprobaty na twarzach.- Ja mam osiemnaście lat! A poza tym co miałam jej powiedzieć, gdy ta chodząca wredota bombardowała mnie milionami nazwisk, żeby wywąchać, kto mi się podoba i jaką sensację mogłaby z tego wydziergać!- krzyczałam jak opętana. Cisnęłam zmiętą w kulkę gazetę w okno samolotu. Jacob uchylił się w samą porę
- Car, wyluzuj. Najgorsze dopiero przed tobą.- odezwał się mój przyjaciel.- Właśnie próbuję wykłócić z Markiem, żeby nie publikował tego gówna u siebie, ale nie chce się zgodzić, bo dużo zapłacił za wywiad i jest pewny, ze w Internecie zrobi furorę. W sumie, to mu się nie dziwię. Nieźle pojechała po tobie ta cała Jane…
-Po co akurat wieziesz mnie do NY?- prychnęłam poirytowana, bo zaburczało mi w brzuchu z głodu. Nic dzisiaj przecież nie jadłam, a gdy zobaczyłam co Jacob kupił i co było w tej zatłuszczonej torbie, już całkiem się załamałam i zdecydowałam na ekstremalną głodówkę. 
-Tam się nas nie spodziewają. – Jacob wzruszył ramionami.-Mamy parę luźnych dni i czy chcesz czy nie, już wiem jak je wykorzystamy.  Jak mówią, duże miasto, duże możliwości… -popatrzyłam na niego ze zgroza w oczach. 
- Co ty planujesz, do cholery?- zapytałam ze strachem. Facet zdolny był do wszystkiego. Na serio.
- Dowiesz się jak wylądujemy i dojedziemy do mieszkania. Spoko, załatwiłem już klucze. A teraz poczytaj sobie, jakieś stare magazyny, gdzie ciebie nie będzie, a ja będę walczył jak lew w obronie twojej dupy, jakkolwiek to brzmi. –Jacob zaśmiał się bez wesołości w głosie. Włączył swój laptop i oddał się bez reszty pracy.
Do końca podróży, mój przyjaciel milczał, a ja czytałam bez zainteresowania przestarzałe i w dodatku nieprawdziwe plotki o Scarlett Johansson. Gdy samolot wylądował, Jacob zapakował nas do żółtej  królowej szos Nowego York i kazał zawieść nas do samego centrum, gdzie miałam swój, a właściwie nasz wspólny apartament w jednym z nowocześniejszych drapaczy tamtejszych chmur. 
Weszliśmy do środka mieszkania. Ja od razu rzuciłam się biegiem do kuchni, gdzie w szafkach znalazłam czekoladę, ciastka i inne przekąski o długim terminie ważności oraz trochę niegazowanej wody ( soków nie było). Na szczęście w nieszczęściu, gdy mieszkałam tu niespełna miesiąc temu, zostawiłam sobie „co-nieco” na czarną godzinę.  Wyrzuciłam wszystko na stół i rozpoczęłam swoją ucztę. Gdy zapchało mnie tak, że nie mogłam się ruszyć, Jacob opadł na krzesło przede mną. Miał nieco kwaśną minę i już wiedziałam, że zaraz uraczy mnie niezbyt radosnymi nowinami.
- No więc tak: Jak odbierasz cały wywiad?- spytał, prawie w ten sam sposób, co wczoraj Jane. 
-Było beznadziejnie! Wiesz, co ją jedynie kręciło? To czy mam kogoś! Czaisz? – żołądkowałam się. Czułam, jak rozpiera mnie dziwna energia, ale to chyba przez mieszankę czekolady z kawą. – Ciągle tylko: „A masz chłopaka? A dlaczego nie? A twój menager, Jacob? To tylko przyjaciel, czy ktoś więcej? „- przy zmiance o nim Jacob prychnął pogardliwie, ale nic nie powiedział.- A gdy próbowałam jej wyjaśnić kulturalnie, że nie mam czasu na amory, to się ze mnie głupio śmiała. – skończyłam nagle, bo zrozumiałam, że nie o taką relację chodziło Jacobowi. To wszystko mógł sobie przeczytać z gazety i przetłumaczyć, z dziennikarza na aktora. 
- No i powiedziała, że jestem nudna, nie?- mruknęłam, wpatrując się w swoje kolana.
- Echem. I że jesteś cicha, nieciekawa, nie kontaktowa, nienormalnie nieśmiała, nie masz poczucia humoru, jesteś małomówna, prawdopodobnie Jane, między wierszami zawarła też  że jesteś ładna, ale głupia i aspołeczna. A, i jeszcze dzika, cokolwiek miałoby to znaczyć. – wyliczał Jacob, a ja z każdym jego słowem zsuwałam się bardziej pod stół.
- Co chciała tym osiągnąć?- wyszeptałam ze złością. Ta sytuacja coraz bardziej mnie drażniła.
- Już ci mówię. Jane pokazała cię na tyle negatywnie, ze teraz, gdybyś nawet chciała kogoś sobie znaleźć i wypromować się na nim, jak to się robi w Hollywood , to nikt nie będzie chciał nawet zrobić sobie zdjęcia  na jakiejś podrzędnej, muzycznej imprezie, bo nie będzie mu się to opłacało. Nie zdziwiłbym się, gdyby nagle połowa producentów wycofała się ze współpracy z tobą, mimo twojej nagrody. Choć na razie mój telefon milczy w tej sprawie. I jeszcze jedno. Wiesz… -na chwilę zawiesił głos- niektórzy mówią nawet, że…. może masz inne ….eee.. .gusta. Jeśli wiesz, co mam na myśli.-dokończył szybko, nieco zmieszany.
Przez chwilę, nie wiedziałam, o czym mówi, a kiedy sens jego słów w końcu do mnie dotarł, poczułam jak pieką mnie policzki z bezsilnej wściekłości i zażenowania. Z miejsca pożałowałam, że nie udusiłam tej ropuchy Jane, kiedy miałam okazję.
- I co z tym zrobimy?- zapytałam słabym głosem.
- Z tym, że jesteś innej orientacji?- spytał trochę niemrawo mój przyjaciel.
- Wcale nie jestem! Jestem w stu procentach normalna w tym temacie, nawet mnie nie denerwuj. –wysyczałam jadowitym głosem.
- Ok., ok. Mam już parę pomysłów. No, w  zasadzie jeden, ale nie chwaląc się genialny… -powiedział Jacob smętnym głosem. Jak każdy, w jego branży, wolałby mieć z górki ze swoimi podopiecznymi. Niestety nie udało mu się utrzymać mnie na powierzchni i teraz musiał mnie ratować, bo inaczej pójdziemy oboje na dno.
- No to strzelaj.- stwierdzałam mało zachęcającym głosem.
Mój przyjaciel westchnął ciężko i położył na stole pomiętą, zapisaną kartkę.  Przysunęłam ją sobie pod oczy i stwierdziłam, z mój menager zrobił swego rodzaju listę.
-   Słuchaj, Car tylko się nie denerwuj, bo nie warto. To dla twojego dobra. – cała się spięłam i najeżyłam, słysząc ostatnie zdanie. To dla twojego dobra. Najgorsze, co można usłyszeć, bo wtedy już wiadomo, że kolorowo nie będzie. 
- Co chcesz przez to powiedzieć?- warknęłam nieco zbyt agresywnie.
- Więc tak, pomyślałem, że zabawimy się trochę… eee… kosztem innych. Widzisz, Jane zrobiła z ciebie totalnego potwora typu Loch Ness i teraz potrzeba czegoś, co sprawi, że znów będziesz praktycznie nietykalna pod tym kątem. A nic tak nie dodaje blasku i pewności siebie, jak właśnie ten nieszczęsny chłopak..
-Ty chyba żartujesz!- zerwałam się z krzesła, przewracając je z hukiem. 
- Car, problem w tym, ze jakoś ostatnio nie jest mi do śmiechu.- stwierdził wolno menager.- Wysłucha mnie więc do końca. Na stole leży lista „ kandydatów”. -  prychnęłam, siadając  z powrotem na swoim miejscu. -Tak, wiem, ze to głupi brzmi. Zrobiłem ją w samolocie. Niektórych musiałem wykreślić, bo ich przedstawiciele się nie zgodzili, ale ci pozostali są gotowi i chętni na udział w małym przedstawieniu.
-Przedstawienie?- zdziwiłam się. 
- No tak. Bo widzisz, mój plan polega z grubsza na tym, że wybierzesz sobie z listy jednego, początkującego artystę, który na znajomości z tobą też by zyskał i przez jakiś czas udawalibyście przed kamerami zakochanych… I jak? Znośny pomysł? – spytał pewnym głosem. Chyba ulżyło mu, gdy mi w końcu o tym powiedział.
- Zaraz, czy dobrze rozumiem? Mam z jakimś hollywoodzkim lalusiem grać szaleństwa młodości, by pokazać, że ze mną i moją orientacją wszystko w porządku i później rzucić go w cholerę i więcej o nim nie myśleć, tak?- powiedziałam nieco sceptycznie.
- Powiedzmy.- odparł Jacob, podsuwając mi do ręki jego listę.
- No nie wiem…- zaczęłam, ale mój przyjaciel uciszył mnie machnięciem ręki.
Zrezygnowana spuściłam wzrok na tę denną kartkę papieru, przybrudzonego na rogu kawą. Parę razy przeczytałam wszystkie nazwiska. Prawdę mówiąc  praktycznie połowy z nich nie znałam, a nawet jeśli coś o nich wpadło mi do ucha, to wypadło drugim. Kojarzyłam tylko dwóch aktorów, dwa lata ode mnie starszych, którzy budzili we mnie głęboką odrazę od czasu poznania ich w Las Vegas trzy miesiące temu. Wracając myślami do tamtej nocy, wciąż mam dreszcze i odruch wymiotny.
- Jacob, ja nie… no, nie znam ich w ogóle. Nie mam czasu na szukanie, po stronach internetowych ich zaciekłych fanek, każdego z osobna. – stwierdziła, odsuwając od siebie kartkę.
- Wiedziałem, że tak będzie.- odparł mój przepowiadający przyszłość menager.- Losuj.- dodał beztrosko. Rzucił mi długopis, a ja złapałam go w locie. Losować. A właściwie czemu nie? I tak nie ma innego wyjścia, a gdyby nawet istniało gdzieś we wszechświecie, nie było czasu by go szukać. Zamknęłam oczy i zamachałam markerem nad listą, dźgając ją zawzięcie. Dwa razy trafiłam na skreślone nazwiska. Jak to mówią, do trzech razy sztuka. Po raz trzeci dziabnęłam kartkę długopisem, rozchyliłam powieki i przeczytałam na głos:
- Luke Hemmings- nie wiedzieć czemu, miałam wrażenie, że będzie ciekawie.

            http://media.tumblr.com/tumblr_mca3q80nh31qe9eo3.gif

piątek, 19 września 2014

Rozdział 2



Głośny, natrętny, wibrujący odgłos mojej komórki. Najgorszy dźwięk na świecie, jeśli chodzi o pobudkę. Istna tortura. Zgrzytając zębami, narzuciłam na głowę poduszkę i zakryłam się cała białą, puchatą kołdrą mojego luksusowego mieszkalnia hotelowego.  Na pewno nie zamierzałam wstać. Była stanowczo za wcześnie! Za wcześnie dla kogoś takiego jak ja, kto do hotelu dotarł o czwartej nad ranem, zdarł z siebie tę piekielną kieckę i zwalił się na to białe prześcieradło w samej bieliźnie i pełnym makijażu. Jednym słowem bycie rozpoznawalną dziewczyną nie służyło mojemu wysypianiu się. 
A telefon wciąż dzwonił, wibrując i niebezpiecznie zbliżając się do krawędzi nocnego stolika po prawej stronie. Mamrocząc pod nosem wyzwiska już podciągałam się na drżących ramionach, gdy komórka zamilkła. Z błogim westchnieniem ulgi opadłam luźno na materac łóżka, odbijając się od niego jak od trampoliny. Nagle ni z tego ni z owego zabrzmiał urywany, natarczywy sygnał hotelowego telefonu. Zacisnęłam mocniej powieki i w proteście zakopałam się jeszcze głębiej w pościel. Telefon chwilę podzwonił i zamilkł. I to nie dlatego, że wyrwałam ku kabel z gniazdka. Nie tym razem. Może minuta ciszy i po pokoju poniósł się odgłos automatycznej sekretarki. Głos, który usłyszałam, podziałam na mnie jak kubeł lodowatej wody, wylany na głowę:
- Car, miśku wstajemyyyyyyyy! Raz dwa! Zapinaj stanik i zmazuj z tę oszałamiającą, wczorajszą tapetę!- zagrzmiał zdeformowany nieco przez słuchawkę, głos mojego menagera Jacoba.- Masz być ogarnięta, trzeźwa, spakowana i gotowa do ewakuacji za piętnaście minut. PIĘTNAŚCIE MINUT. Powtórz. – „pieeeeeeeeeeetncie minnnnnnnnnnt – wymamrotałam we włosy. Jęknęłam przeciągle i narzuciłam na głowę kolejnych kilka poduszek.
- I ściągaj te poduszki z głowy, bo jak przyjdę, a ty wciąż będziesz na tamtym świecie , to wyciągnę cię za twoją idealnie wygoloną nogę i nie dam kawy! – zagroził.
Jacob doskonale wiedział, że bez kawy trzy razy dziennie, jestem praktycznie nie do życia. Totalne zombie, jeśli nie gorzej. I on niecnie to wykorzystywał, bo właśnie dzięki kofeinie miał nade mną jakąkolwiek władzę i kontrolę. Co prawda małą, ale kawa mogła zmusić mnie do drobnych trików, takich jak np. wstawanie z łóżka na zawołanie. Oczywiście w teorii. 
Nagrana wiadomość dobiegła końca i znów byłam sama w pokoju. Nieprzytomna znów zamknęłam oczy, ale teraz nie mogłam zasnąć, bo w głowie wciąż kołatały mi się słowa Jacoba. Zastanawiało mnie dlaczego mój menager chce żebym spakowała cię całkowicie i opuściła hotel. Przecież plan był inny… Mieliśmy zostać w Los Angeles jeszcze dwa dni, pokazać się na mieście i dać sobie zrobić zdjęcia, a później polecieć na sesję zdjęciową do Hollywood, by za tydzień wrócić na plan zdjęciowy, na którym właśnie kręciłam. Dziwnie. 
Nie zastanawiałam się jednak nad tym dłużej, bo bez kawy i zimnego prysznica ledwo wiedziałam gdzie jestem i jak się nazywam. Przenikając pod nosem , po czesku,  zdarłam z łóżka swoje żywe zwłoki i poczłapałam, obijając się o ściany, do łazienki. Po trzeźwiącym prysznicu i pobieżnej, szybkiej toalecie ubrana i umalowana stwierdziłam, że właśnie minęło piętnaście minut dane mi przez Jacoba. Wzruszyłam ramionami. Mój menager chyba nie sądził, że ja, JA- Carmen Michelson, wyrobię się w kwadrans?  Przeszłam powrotem do sypialni i otworzyłam swoją ogromną szafę, w której miałam góry ubrań. Nie lubiłam się bawić, w układanie w kosteczkę, więc zaczęłam po prostu wrzucać bluzki, spodnie, spódnice i sukienki na ślepo, do gigantycznej walizki za sobą. Cała ta chaotyczna operacja zabrała mi kolejne 15 minut z życia. Moja komórka i telefon hotelowy cały czas milczały, więc stwierdziłam, że Jacob najprawdopodobniej doskonale wiedział, że nie ma się co mnie spodziewać wcześniej jak godzinę po pobudce.
Postanowiłam go zaskoczyć i wyrobić się w 45 minut. Już sięgałam klamki, by wytargać walizę, na próg korytarza, gdy drzwi otworzyły się z hukiem i do środka wparował nie kto inny jak mój boski, niezwykły, olśniewający i gustownie ubrany menager Jacob Escann. W ręku trzymał dwa, jednorazowe, solidnie wyglądające kubki, parującej, czarnej kawy i tajemniczą paczkę, przesiąkniętą od spodu tłuszczem. 
-Panie i panowie, oto i menager Carmen „Car” Michelson, który widząc ją gotową do wyjścia, niemal upuścił to co akurat trzymał w rekach.-powiedział głośnym, raźnym głosem, jakby właśnie przespał dwanaście godzin i wypił 3 litry mega mocnej kawy.  
-Matko, nie krzycz tak.-skrzywiłam się, mrużąc oczy, jakbym miała kaca. A przecież, nie miałam, bo poprzedniego wieczoru nieźle się pilnowałam. Wiem, że alkohol wyniszcza organizm i urodę, a ja się nie piszę na wygląd czterdziestolatki w wieku dwudziestu paru lat.
Jacob chwycił moją walizę i z widocznym trudem pociągną ją za sobą. Nie miałam wyboru, więc wzięłam od niego kubki kawy i pobiegłam za nim truchtem, popijając czarny, upragniony płyn. 
-Gdzie ty mnie ciągniesz?- spytałam, gdy zjechaliśmy windą na sam dół do recepcji i mój menager właśnie mnie wymeldowywał. Wcześniej było mi wszystko jedno, ale po dawce kofeiny, zaczęłam się buntować i żądać wyjaśnień.   
Jacob rzucił mi dużą, szarą bluzę i parę chyba najciemniejszych okularów na świecie. Z narastającym lękiem ubrałam bluzę i założyłam okulary. Głęboki kaptur wszystko mi zasłaniał.
-Zmiana planów, Car. A wszystko to przez ten uroczy wywiad, tej śmierdzącym zgniłym łosiem Jane JakiejśTam. –wysyczał przez zaciśnięte zęby mój przyjaciel.  
- O co chodzi?- spytałam przestraszona, gdy wyszliśmy szybko z hotelu i czym prędzej wsiedliśmy do podstawionego pod samo wejście, czarnego samochodu, z przyciemnianymi szybami. Nikt nie robił nam zdęć. Oficjalnie miałam przecież opuścić hotel dopiero za dwa dni. Nie brak fotografów zaprzątał mi teraz głowę, a mój nieszczęsny, wczorajszy wywiad z tą makabryczną dziennikarką. Byłam ciekawa, co takiego powypisywała ta stara wiedźma, że Jacob wręcz porywał mnie, wioząc cichaczem nie wiadomo po co, nie wiadomo gdzie. 
Siedziałam z moim menagerem na tylnym siedzeniu, nie mówiąc ani słowa. Wpatrywałam się tylko w nachmurzoną, skupioną twarz Jacob, który ubrał podobne okulary przeciwsłoneczne do moich. Przez całą drogę donikąd próbowałam wyczytać z nich cokolwiek, jednak bezskutecznie. Facet, zastygł w bezruchu, jakby go spetryfikowano, co wcale nie poprawiło mi nastroju. Byłam cała w nerwach, a on ani trochę mi nie pomagał. 
W Końcu samochód się zatrzymał. Byliśmy na lotnisku. Wytrzeszczyłam oczy na mojego menagera, który wciąż targał moją walizę, przez ramię miał przewieszoną swoją torbę a w lewej ręce ściskał gigantyczny smartphon, na którym coś szybko pisał. 
- Jest pierwsza po południu. Za pół godziny mamy samolot do Nowego Yorku.- zakomenderował. Widząc moją głupią minę i to, że zamierzałam głośno protestować, dodał:- Zaufaj mi. Wszystko wyjaśnię ci w samolocie, ok.? 
Zgodziłam się, choć nie bez wewnętrznych oporów.  Samolot był niewielki i raczej przytulny, co i tak nie zmieniało faktu, że nie był prywatny, elegancki i z pewnością był to pierwszy lepszy lot, jaki się napatoczył Jacobowi. Nieco naburmuszona usiadłam w ciemnym fotelu obok Jacoba, który pisał coś na smartphonie. 
- Słucham.-rzuciłam . Menager nie podniósł nawet oczu, ale rzucił mi jakąś codzienną gazetę, taką jaką można kupić w każdym kiosku za rogiem. Widząc, ze tylko trzymam papier, Jacob mruknął, nie patrząc na mnie:
-No czytaj.
Przeczytałam i to co tam znalazłam wcale mi się nie spodobało. 

                 

wtorek, 16 września 2014

Rozdział 1




- Carmen, Carmen!
- Tutaj, popatrz tutaj!
-Uśmiech, Carmen!
- Obróć się!
-Poza, teraz poza Carmen!
Carmen, Carmen, Carmen. Stałam sama, na czerwonym, krwiożerczym dywanie, zarezerwowanym dla takich Pięknych Twarzy jak moja, a chmara fotografów wołała ochrypłym głosem moje imię, bym łaskawie zerknęła w ich stronę i następnego dnia mogła podziwiać wyretuszowaną zgrabnie samą siebie w gazetach i Internecie. Następny wieczór, oślepiający  mnie błyskami i jaskrawymi kolorami, spędzony w sztywnej kreacji, od znanego projektanta, która nigdy nie okryje mnie na tyle długo, by dopasować się do mojej sylwetki.
Kolejny błysk, nieustający klik fleszów, chór głosów ludzi, których oddzielała ode mnie jedynie niska, licha barierka. Miało być jeszcze gorzej. Miliony widzów, skandujących twoje imię, domagających się uwagi i prywatnego przyjaznego uśmiechu, najlepiej z zamaszystym podpisem na własnej śliskiej, błyszczącej fotografii. Wiedziałam o tym wszystkim od samego początku, ale i tak postanowiłam wspiąć się na sam szczyt i podziwiać stamtąd jak zachodzi słońce nad Los Angeles. 
Przeszłam kawałeczek dywanem, robiąc miejsce kolejnym popularnym gościom. Po kolejnych  paru minutach wdzięcznego pozowania i sztucznych uśmiechów do obiektywu, poczułam delikatny uścisk na ramieniu. Zostałam poprowadzona pomiędzy różnymi rozmawiającymi wesoło wielkimi gwiazdami, które świetnie wiedziały co zrobić, by zostać zauważonymi przez ważnych i wpływowych dziennikarzy z najlepszych światowych gazet.
A jeśli już chodzi o gazety. Jedną z wszechwiedzących i najzacieklejszych przedstawicielek gatunku dziennikarzy była z pewnością niejaka Jane Holden, z którą byłam umówiona na krótki wywiad zaraz przed filmową galą, na której byłam nominowana w kategorii najlepsza młoda aktorka. Jane czekała na mnie przy jednym z bardziej oddalonych stolików w jeszcze pustej Sali, na której miała się odbyć oficjalna część filmowana ze wszystkich stron i puszczana na żywo w telewizji. Gdy do niej podeszłam, tylko skinęła na mnie głową. Jej fotograf wyskoczył z nikąd i zrobił mi kilka niespodziewanych zdjęć. Usiadłam i utkwiłam wzrok, w punkcie, gdzieś nad lewym ramieniem dziennikarki. Nie powiem, że lubiłam wywiady. Jak większość znanych ludzi, traktowałam je jako zło koniecznie, by nakarmić bestie. Jane odchrząknęła i odezwała się swoim rzeczowym i śmiesznie profesjonalnym głosem, który w jej przekonaniu miał mnie chyba nakłonić do głębokich zwierzeń, wyznawanych jej w ramię, ze łzami w oczach. Jane chyba przeceniała swoje możliwości:
-Jak się masz Carmen? – rozpoczęła. Od razu pomyślałam, że kobiecie przede mną, do Oprah brakuje i talentu i… całej reszty.
- Wszystko świetnie, dzięki. A u ciebie?- kochałam to hollywoodzkie spoufalanie się z obcymi ludźmi. Siedząc na pustej Sali, z Jane, która chłonęła każde moje słowo, jak gąbka SpongBob miałam z tego niezłą frajdę. Czułam się jak dziecko, jadące na rowerze z górki, bez sprawnych  hamulców. Odczuwa się wiele emocji. Strach, radość. Ma się wrażenie, że teraz można wszystko i nikt nie może cię zatrzymać, ale jednocześnie masz świadomość, że w każdej chwili możesz trafić na kamień, wśród traw i zaliczyć niezłą wywrotkę. 
- Przejdźmy od razu do rzeczy.-zakomenderowała Jane.- Jesteś piękną, znaną i do tego zdolną młodą aktorką, którą odkrył sam Tim Burton, znany z stworzenia wielu kinowych hitów. Nie ulega wiec wątpliwości,  że zostałaś na samym starcie rzucona na głęboką wodę i z zadziwiająca łatwością nauczyłaś się pływać wśród wszystkich tych grubych ryb… Osobiście nasz Depp’a i Helenę Bonham Carter, z którymi pracujesz na co dzień. Śmiem więc twierdzić, ze to ty jesteś odkryciem roku, które za godzinę, stanie na tej scenie, trzymając w ręku statuetkę dla najlepszej młodej aktorki. – jak powódź zalewał mnie potok jej słów  wyostrzonych pochwał. Z całej siły starałam się nie speszyć i nie poczerwienieć, jak stary pijak, ale nie za bardzo mi szła ta kontrola, której tak usilne próbował nauczyć mnie mój menager Jacob. Zaciskałam na podołku, mokre od potu dłonie. – A mimo to..- kontynuowała  Jane- wciąż jesteś samotna. Całkowicie do wzięcia i bez nikogo u boku, kto stanowiłby wsparcie w ciężkich chwilach kapryśnej sławy… Jest oczywiście niejaki Jacob Escann, twój zaufany menager, ale to chyba nie to, co? Nie ma iskry, tej chemii, to tylko praca, prawda? –dziennikarka wreszcie zamilkła, wpatrując się we mnie natarczywym wzrokiem. Zerknęłam ukrytkiem na stolik, na którym leżał mały, gustowny, włączony dyktafon. 
- Tak ,masz rację , co do Jacoba. To świetny kumpel i niezawodny przedstawiciel, który potrafi załatwić ci wszystko, czego potrzebujesz…., ale rzeczywiście, na naszej przyjaźni się kończy. Nie zastanawiałam już dawno, nad tym że w moim życiu nie ma nikogo, z kim chciałabym być. –zaśmiałam się, choć niestety mało przekonująco, co nie uszło uwadze  czujnej Jane . – Mam dużo obowiązków. Ciągle jestem albo na planie, albo w podnóży. Wiesz, u mnie ciągle się coś dzieje. Nie mam czasu na spokojne wypicie wieczornego kakao, więc sama rozumiesz, że nie ma praktycznie mowy o żadnym romansie. Nic by z tego nie wyszło…
-Czyli nie ma nawet cienia nadziei na jakiś związek? Musisz się czuć samotna, opuszczona, ba! Może nawet całkowicie nieatrakcyjna dla płci przeciwnej.– dziennikarka drążyła temat niestrudzona.
- Och, już nie przesadzajmy.- powiedziałam, przewracając oczami. Już wiedziałam, jaki jest główny i jedyny temat naszego wywiadu. –Może kiedyś natknę się na kogoś, komu moje zabiegane życie nie będzie przeszkadzać. Na razie najważniejsza jest dla mnie nowa rola i planowany za miesiąc, wyczekany wyjazd do rodziny w Arizonie, gdzie się wychowałam. 
Jednak fakt iż nie potrzebny mi na razie żaden chłopak i nieudana próba zwrócenia uwagi na mój fikcyjny wyjazd do Arizony, nie zagięła prostych i starannie wcześniej nakreślonych planów Jane, która postawiła sobie chyba za punkt honoru, wypytać mnie o wszystko, co związane z cholernym słowem : „Miłość”. Kilka razy nieudolnie próbowałam zmienić temat na jakiś  bardziej ogólny jak np. jaka jest atmosfera na planie lub czy podoba mi się wielki świat.  Do dziennikarki nic nie docierało i wciąż wierciła mi dziurę w brzuchu pytaniami o moje szkolne miłości i o wszystkich chłopaków, którzy kiedykolwiek się do mnie odezwali. 
Oprócz tego Jane prześwietliła wszystkich wolnych gwiazdorów Hollywood, niekoniecznie tylko w moim wieku, usilnie szukając mi partnera ( ona strzelała imię, a ja  wykręcałam się czym mogłam lub po prostu mówiłam dobitnie :NIE, nie zastanawiając się nawet o kim właściwie mowa.) Przez cały wywiad miałam wrażenie, że ktoś zapłacił dodatkowo Jane, po to by zmieniła się w namolną podstarzałą swatkę, która próbuje znaleźć swoje szczęście w szczęściu innych .
 Pod koniec wywiadu byłam wykończona, zła, głodna i przede wszystkim pewna, ze mój nastrój odbił się na moim wyglądzie. Gdy żegnałam się z Jane, przez chwilę musiałam walczyć z przemożną ochotą uduszenia jej gołymi rękami i wrzuceniu do ścieków pod miastem. 
Dziennikarka opuściła lokum , ludzie zaczęli się schodzić, a ja usiadłam przy swoim stoliku, przy samej scenie, przy którym siedziała już Helena B.C. i parę innych ludzi z obsady naszego nowego filmu. Helena odwróciła się do mnie i zajęła spokojną rozmową o niczym. Pomimo tego iż lekko mówiąc znielubiłam Jane, miała ona proroczą rację, jeśli chodzi o moją nominację. Rzeczywiście wygrałam, co już całkowicie wyeliminowało dziennikarkę z mojej głowy. Wygłosiłam krótkie, zwięzłe przemówienie, jakich wiele, z podziękowaniami dla wszystkich, łącznie z woźnym mojej podstawki, do której chodziłam dwa lata, bez którego nie byłoby mnie tutaj. Hahahah, taki głupi dowcip Carmen Michelson. Boki zrywać. 
Do końca całej gali miałam świetny humor i nawet najgłupsze, najbardziej sprośne i czerstwe żarty pary prowadzących rozśmieszały mnie do łez.    


                              

Obserwatorzy

Wattpad