Woda
lała się mocnym, ciepłym strumieniem, na mój kark, łagodząc ból spiętych
mięśni. Dopiero teraz, pod koniec dnia, poczułam jaka jestem zbolała. Stojąc w
przyjemnym deszczu i mrużąc oczy,
włączyłam radio, wmontowane na stałe w kabinę prysznica. Cała łazienka zatonęła
w dźwiękach muzyki, jednej z nowojorskich
całodobowych stacji radiowych. Bezwiednie zaczęłam nucić graną piosnkę.
Była energiczna. Rockowa. Łatwo wpadała w ucho. Ostatni refren zaśpiewałam,
nieco fałszując, wraz z głównych wokalistą.
-
To była grupa 5 Seconds of Summer, nowość na listach przebojów Ameryki, no i
świata. Jak widać secondo of Summer
radzą sobie całkiem nieźle, co Max? – zagadnął spiker, radosnym, nadpobudliwym
głosem człowieka, którego rytm dnia mocno odbiega od normy.
-
Racja, Stive.- opowiedział drugi facet imieniem Max. – Muszę jednak zmartwić
fanki, bo te szalenie przystojne chłopaki robią sobie aż miesięczne wakacje, po
półrocznej stracie po Europie! Ich wokalista Luke Hemmings napisał wczoraj na
jednym z portali społecznościowych, że swoją przerwę spędzi w NY. No, stary ale
wybrałeś! Nie wiem czy wiesz, ale to miasto wyciśnie z ciebie resztki sił! Mogę
ci obiecać, ze spać tu na pewno nie będziesz, a dziewczyny…
Nigdy
nie dowiem się, co Stive miał do powiedzenia o nowojorskich dziewczynach, bo
walnęłam pięścią w radio, uciszając je raz a dobrze. Spłukałam z siebie resztkę
kokosowej piany i gdy okręcałam się niebieskim, puchatym ręcznikiem, ktoś
załomotał w drzwi:
-
Car, wyłaź! – to Jacob. Znów miał mi coś ważnego do powiedzenia. Dla mojego
menagera nie liczyło się, czy jest pierwsza w nocy, czy dwunasta w południe.
Czy ja, jego podopieczna, śpię, jem, pracuję, czy może właśnie się kąpię.
Chodziło tylko o przekazanie informacji, wiadomości, newsa, plotki, rzucenie
komendy. Westchnęłam i związałam w kok moje mokre włosy. Później je wysuszę.
Otworzyłam mu drzwi, a on od razu wszedł do środka, machając dłonią i kaszląc
spazmatycznie.
-
Cholera kobieto, to nie sauna! Chciałaś się udusić?- w całej łazience było aż
gęsto od unoszącej się tu pary. Nie przeszkadzała mi ona. Kochałam gorącą
kąpiel.
-
Co tam, Jake?- spytałam go po prostu. Nie odczuwałam skrępowania, przez to, że
mam na sobie jedynie jakiś ręczniczek. Mój przyjaciel widział mnie w dużo gorszym
stanie…
-
Dobre wieści!- aż klasną w dłonie, a cała twarz mu się rozpromieniła. – Żaden z
producentów nie wycofał się ze współpracy z tobą, a Tim przed chwilą osobiście
do mnie zadzwonił, by pogratulować mi mistrzowskiego rozegrania sprawy z tym
wywiadem. Bo wiesz- Jacob zaśmiał się krótko- on myśli, że Jane to wszystko za
moim cholernym kierownictwem, by dodać jego produkcji trochę więcej eee…
lśniącej diamentami oryginalności i zdrowego hollywoodzkiego rozgłosu. Kazał
się pozdrowić… Tak czy inaczej, jeśli chodzi o twojego „chłopaka- Luka”, to on
właśnie umieścił notkę na Twitterze, że jedzie…
-
Do Nowego Yorku. Taaa, nic już nie mów, słyszałam w radiu. – przerwałam mu
bezdusznie.
Jacob
przez chwilę wyglądał, jak sflaczały balonik, z którego uszło powietrze, bo nie
pozwoliłam przekazać sobie cudownych wieści, ale po chwili znów tryskał
niewiarygodnym entuzjazmem.
-
Otóż to, Car!- wykrzyknął.- Wiesz, co to oznacza? Oznacza to, że wszystko jest
już oficjalne i ani ty, ani tym bardziej on, nie możecie się już wykręcić,
niezłe co? A teraz susz włosy i spać, bo jutro masz mi wyglądać jak milion
dolarów!
Cały
uszczęśliwiony wybiegł z łazienki, znowu gdzieś dzwoniąc.. Westchnęłam tylko i
wzruszyłam ramionami. A wiec to już postanowione. Czułam się, jakby ktoś
zmuszał mnie do małżeństwa. Oczywiście sama byłam sobie winna losując, a nie
spokojnie przeglądając kandydatów, ale teraz moje dziewczyńskie rozczulanie się
nad sobą, nie miało najmniejszego sensu. Wszelki opór był bezcelowy. Nie było
odwrotu i teraz kiedy był już jako taki plan, w którym praktycznie wszystko
mogło pójść nie tak jak powinno, mogłam tylko marzyć o jego powodzeniu i
krótkiej, bezbolesnej znajomości z niejakim Lukiem Hemmingsem wokalistą zespołu
punk-rockowego 5 Seconds of Summer z Sydney w Australii
***
Około
czterdzieści minut po ustalonej godzinie wreszcie zadzwonił dzwonek. Jacob
wyskoczył ku drzwiom, jak z procy krzycząc: „ Już otwieram, już otwieram”. Ja
natomiast zapadłam się jeszcze niżej w swoim puchatym fotelu i przyciągnęła,
czytany kryminał bliżej oczu, tak że teraz kartki stykały mi się z czubkiem
nosa. I tak próbowałam czytać, ale nie rozumiałam ani jednego słowa.
Przekręciłam kartkę, nawet nie kończąc kartki. Byłam cała podenerwowana, jakbym
za parę minut miała pisać okropnie trudny egzamin z chemii, od którego zależą
dalsze losy całego wszechświata. Jednym słowem, słysząc wesołe odgłosy rozmów w
hallu, skuliłam się jeszcze bardziej, tak, ze kolana miałam tuż przy czole.
Książka spadła głucho na podłogę, jakby chciała mnie wydać. Moja sytuacja była
po prostu beznadziejna! Spoglądając pół okiem, znad uda, na okno, odczuwałam
szaleńczą chęć ewakuować się przez nie. Głosy były coraz bliżej. Słyszałam
każdy ich krok. W końcu wszystko ucichło i już wiedziała, że stoją w salonie, a
ja musze wyglądać jak postrzelona idiotka, wypisz, wymaluj z artykułu Jane.
-
Carmen, choć tu Słonko. – odezwał się Jacob, tonem zdenerwowanego rodzina,
który chce przedstawić, swoje chorobliwie nieśmiałe dziecko, znajomym.
Będzie
dobrze, będzie dobrze, będzie…. Zacisnęłam wargi i wstałam sztywno, wciąż
odwrócona do przybyłych tyłem. Wygładziłam bluzkę i obciągnęłam lekko za
krótkie, sprane rock’n’rollowe spodenki, które kupiłam jeszcze zanim rozpoczęłam
karierę. Normalnie nigdy nie zachowywałam się tak dziko i nienaturalnie. To
stresujące i dziwaczne sytuacje tak na mnie działają. Car, weź się w garść,
graj i baw się dobrze.- powiedziałam sobie w myślach, odwracają się na pięcie i
posyłając wszystkim uśmiech, umysłowo pozostawiającej wiele do życzenia.
Mój
wzrok najpierw padł na mojego przyjaciela, który także uśmiechał się w
chorobliwy sposób i gorączkowo pokazywał oczami w lewo. Odwróciłam głową w
tamtą stronę i …
On
tam stał. Wyluzowany, z rekami w kieszeniach czarnych, stanowczo za ciasnych
spodniach, które opinały się na nim, w niektórych hmm… strategicznych
miejscach…. Poczułam, że się rumienię,
więc czym prędzej przeniosłam wzrok na jego twarz. Miał jasne spojrzenie
marzyciela, który nie chce zdradzać się ze swoją wrażliwością. W ładnych ustach
czaił się filmowy, łobuziarki uśmieszek, co potęgował kolczyk w dolnej wardze.
Chłopak imieniem Luke przeczesał dłonią włosy, także badawczo mi się
przyglądając. Uśmiechnął się z zakłopotaniem, jakby patrząc na mnie nie wiedział, co ze mną począć. Jakbym była
szczeniaczkiem, którego ktoś porzucił mu w kartonie na próg, bez żadnego listu ze słowem wyjaśnienia.
-
Cześć.- odezwałam się pierwsza, żeby zminimalizować wrażenie, że jestem
dzikusem.
-Hej.
– powiedział na wydechu, jakby całe to zapoznawanie się okropnie go nudziło. Nie
spodobało mi się to. Ej, koleś, to może ziewnij, bo nikt nie dostatecznie
zauważył, jak bardzo ci coś nie pasuje.-pomyślałam. Chyba było widać, ze coś
poszło nie tak, na samym wstępnie, bo Jacob przerwał rozmowę z jakimś facetem,
który musiał być menagerem Luka i podszedł do nas.
-
Car, Luke no to przedstawienie czas zacząć, nie? Idźcie się pokazać , a my
uzgodnimy szczegóły. – powiedział dziarskim głosem, jak opiekun na obozie,
zachęcający dzieci do bliższego poznania się.
Z
minuty na minutę cały plan coraz mniej mi się podobał. Z moich mrocznych wizji ucieczki
od tego lalusia, wyrwał mnie ciepły, męski głos:
-
To co? Ubieraj płaszczyk i idziemy się zabawić.- to Luke. Skinął na mnie podbródkiem,
przeczesał włosy wyuczonym ruchem i ruszył pewnym krokiem do wyjścia.
Zabrałam
z oparcia fotela swoją skórzaną torbę i ruszyłam za nim, tupiąc głośno swoimi
botkami na twardym obcasie, Wyszłam z
mieszania, bez słowa pożegnania, zatrzaskując za sobą drzwi. Luke stał uparty
luźno o ścianę, jakby właśnie pozował do jakiejś gigantycznej sesji zdjęciowej
i uśmiechał się głupio, patrząc na mnie z góry.
-
A gdzie twój płaszczyk, co „ Car”?- zapytał zaczepnie. Minęła go z rozpędem i
rzuciłam przez ramię:
-
Nie mam płaszczyka. Ciepło jest. I nie nazywaj mnie „Car”. Dla ciebie jestem Carmen,
no chyba że zapyta cię dziennikarz, wtedy śmiało nazywaj mnie jak chcesz, tylko
nie kotek, czy rybka, albo myszka. Nie, myszka odpada.
Wiedziałam,
że nie tak powinno rozpoczynać się nową znajomość, szczególnie taką, jak ta
nasza, ale co poradzę, że coś w nim okropnie mnie irytowało. Możliwe iż był to
fakt, że Luke doskonale wiedział o swoich zbyt ciasnych, strategicznych
spodniach…
-
Spoko, słonko. – powiedział chłopak, podnosząc ręce w geście kapitulacji.
Ruszyliśmy
korytarzem, zjechaliśmy windą na sam dół, ale tuż przed rogiem, za którym
znajdował się przestronny hall z recepcją, Luke chwycił mnie za dłoń. Jego
ciepły dotyk sprawił, że po moim ramieniu rozszedł się niespodziewany, ostry
dreszcz. Zerknęłam na niego, ale on wyglądał, jakby nic się nie stało.
-
Tu aż się roi od tych wścibskich kretynów, więc lepiej włącz tryb gry i pokaż
wszystkim, jaką jesteś dobrą aktorką.- stwierdził przyciszonym głosem w swoje ramię.
– Jesteśmy parą. Zakochani bez pamięci. Nie widzimy poza sobą świata. Także
wiesz, to ma być profesjonalne kino dla wymagających- Luke przypominał
motywującego trenera.
Zacisnął
mocniej palce na mojej dłoni i pociągnął za sobą do hallu. Od razu otoczyła nas
chmara dziennikarzy. Nie mam zielonego pojęcia skąd oni wiedzieli gdzie i kiedy
mają być i czy im się to opłaci… Choć… Gdy teraz tak sobie myślę, to Luke
zapewne nie za bardzo starał się ukryć fakt, co go tu sprowadza. Trochę to
żenujące, ale da się z tym żyć… Jeśli trzeba.
Tak
jak mówił mój „ chłopak” ( od siedmiu boleści), przełączyłam się na tryb gry.
Byłam w swoim żywiole artysty. I, jak zauważyłam podczas krótkich rozmów z
rozwrzeszczanymi reportami, Luke też nieźle sobie radził. Uśmiechał się do mnie
z maślanymi oczami, używał słodkich słów („Kocham, kocham kocham…”) i co chwilę
całował mnie przelotnie w policzek. Gdyby spróbował w usta, prawdopodobnie dostałby
mocnego, prawego sierpowego, pozbył się kilku zębów, a ja mogłabym się pożegnać
z dopiero co rozkwitającą karierą aktorki. Chłopak musiał czuć zagrożenie, więc
nawet nie zbliżał się do punktu „U”.
Gdy
wychodziliśmy budynku ręka Luka zjechała po moich biodrach nieco za nisko i
czym prędzej, jak oparzona, podciągnęłam ją sobie łokciem na połowę pleców.
Chłopak prychną i popatrzył na mnie złośliwie.
-
Słonko, to ma być przekonujące przedstawienie, czy teatrzyk dla ubogich? –
zapytał sarkastycznie, pozwalając swojej dłoni zsunąć się spokojnie na moje
pośladki. Popatrzyłam na niego spode łba, ale już nie zaprotestowałam .
Wiedziałam, ze jutro dłoń luka na moim tyłku na pewno obiegnie już dwa razy
Internet, a gazety pokuszą się o kolorowy druk na błyszczącym papierze.