Głośny,
natrętny, wibrujący odgłos mojej komórki. Najgorszy dźwięk na świecie, jeśli
chodzi o pobudkę. Istna tortura. Zgrzytając zębami, narzuciłam na głowę
poduszkę i zakryłam się cała białą, puchatą kołdrą mojego luksusowego
mieszkalnia hotelowego. Na pewno nie
zamierzałam wstać. Była stanowczo za wcześnie! Za wcześnie dla kogoś takiego
jak ja, kto do hotelu dotarł o czwartej nad ranem, zdarł z siebie tę piekielną
kieckę i zwalił się na to białe prześcieradło w samej bieliźnie i pełnym
makijażu. Jednym słowem bycie rozpoznawalną dziewczyną nie służyło mojemu
wysypianiu się.
A
telefon wciąż dzwonił, wibrując i niebezpiecznie zbliżając się do krawędzi
nocnego stolika po prawej stronie. Mamrocząc pod nosem wyzwiska już podciągałam
się na drżących ramionach, gdy komórka zamilkła. Z błogim westchnieniem ulgi
opadłam luźno na materac łóżka, odbijając się od niego jak od trampoliny. Nagle
ni z tego ni z owego zabrzmiał urywany, natarczywy sygnał hotelowego telefonu.
Zacisnęłam mocniej powieki i w proteście zakopałam się jeszcze głębiej w
pościel. Telefon chwilę podzwonił i zamilkł. I to nie dlatego, że wyrwałam ku
kabel z gniazdka. Nie tym razem. Może minuta ciszy i po pokoju poniósł się odgłos
automatycznej sekretarki. Głos, który usłyszałam, podziałam na mnie jak kubeł
lodowatej wody, wylany na głowę:
- Car,
miśku wstajemyyyyyyyy! Raz dwa! Zapinaj stanik i zmazuj z tę oszałamiającą,
wczorajszą tapetę!- zagrzmiał zdeformowany nieco przez słuchawkę, głos mojego
menagera Jacoba.- Masz być ogarnięta, trzeźwa, spakowana i gotowa do ewakuacji za
piętnaście minut. PIĘTNAŚCIE MINUT. Powtórz. – „pieeeeeeeeeeetncie
minnnnnnnnnnt – wymamrotałam we włosy. Jęknęłam przeciągle i narzuciłam na
głowę kolejnych kilka poduszek.
- I
ściągaj te poduszki z głowy, bo jak przyjdę, a ty wciąż będziesz na tamtym
świecie , to wyciągnę cię za twoją idealnie wygoloną nogę i nie dam kawy! –
zagroził.
Jacob
doskonale wiedział, że bez kawy trzy razy dziennie, jestem praktycznie nie do
życia. Totalne zombie, jeśli nie gorzej. I on niecnie to wykorzystywał, bo
właśnie dzięki kofeinie miał nade mną jakąkolwiek władzę i kontrolę. Co prawda
małą, ale kawa mogła zmusić mnie do drobnych trików, takich jak np. wstawanie z
łóżka na zawołanie. Oczywiście w teorii.
Nagrana
wiadomość dobiegła końca i znów byłam sama w pokoju. Nieprzytomna znów
zamknęłam oczy, ale teraz nie mogłam zasnąć, bo w głowie wciąż kołatały mi się
słowa Jacoba. Zastanawiało mnie dlaczego mój menager chce żebym spakowała cię
całkowicie i opuściła hotel. Przecież plan był inny… Mieliśmy zostać w Los
Angeles jeszcze dwa dni, pokazać się na mieście i dać sobie zrobić zdjęcia, a
później polecieć na sesję zdjęciową do Hollywood, by za tydzień wrócić na plan
zdjęciowy, na którym właśnie kręciłam. Dziwnie.
Nie
zastanawiałam się jednak nad tym dłużej, bo bez kawy i zimnego prysznica ledwo
wiedziałam gdzie jestem i jak się nazywam. Przenikając pod nosem , po
czesku, zdarłam z łóżka swoje żywe
zwłoki i poczłapałam, obijając się o ściany, do łazienki. Po trzeźwiącym
prysznicu i pobieżnej, szybkiej toalecie ubrana i umalowana stwierdziłam, że
właśnie minęło piętnaście minut dane mi przez Jacoba. Wzruszyłam ramionami. Mój
menager chyba nie sądził, że ja, JA- Carmen Michelson, wyrobię się w
kwadrans? Przeszłam powrotem do sypialni
i otworzyłam swoją ogromną szafę, w której miałam góry ubrań. Nie lubiłam się
bawić, w układanie w kosteczkę, więc zaczęłam po prostu wrzucać bluzki,
spodnie, spódnice i sukienki na ślepo, do gigantycznej walizki za sobą. Cała ta
chaotyczna operacja zabrała mi kolejne 15 minut z życia. Moja komórka i telefon
hotelowy cały czas milczały, więc stwierdziłam, że Jacob najprawdopodobniej
doskonale wiedział, że nie ma się co mnie spodziewać wcześniej jak godzinę po
pobudce.
Postanowiłam
go zaskoczyć i wyrobić się w 45 minut. Już sięgałam klamki, by wytargać walizę,
na próg korytarza, gdy drzwi otworzyły się z hukiem i do środka wparował nie
kto inny jak mój boski, niezwykły, olśniewający i gustownie ubrany menager
Jacob Escann. W ręku trzymał dwa, jednorazowe, solidnie wyglądające kubki,
parującej, czarnej kawy i tajemniczą paczkę, przesiąkniętą od spodu
tłuszczem.
-Panie i
panowie, oto i menager Carmen „Car” Michelson, który widząc ją gotową do
wyjścia, niemal upuścił to co akurat trzymał w rekach.-powiedział głośnym,
raźnym głosem, jakby właśnie przespał dwanaście godzin i wypił 3 litry mega
mocnej kawy.
-Matko,
nie krzycz tak.-skrzywiłam się, mrużąc oczy, jakbym miała kaca. A przecież, nie
miałam, bo poprzedniego wieczoru nieźle się pilnowałam. Wiem, że alkohol
wyniszcza organizm i urodę, a ja się nie piszę na wygląd czterdziestolatki w
wieku dwudziestu paru lat.
Jacob
chwycił moją walizę i z widocznym trudem pociągną ją za sobą. Nie miałam
wyboru, więc wzięłam od niego kubki kawy i pobiegłam za nim truchtem, popijając
czarny, upragniony płyn.
-Gdzie
ty mnie ciągniesz?- spytałam, gdy zjechaliśmy windą na sam dół do recepcji i
mój menager właśnie mnie wymeldowywał. Wcześniej było mi wszystko jedno, ale po
dawce kofeiny, zaczęłam się buntować i żądać wyjaśnień.
Jacob
rzucił mi dużą, szarą bluzę i parę chyba najciemniejszych okularów na świecie.
Z narastającym lękiem ubrałam bluzę i założyłam okulary. Głęboki kaptur
wszystko mi zasłaniał.
-Zmiana
planów, Car. A wszystko to przez ten uroczy wywiad, tej śmierdzącym zgniłym
łosiem Jane JakiejśTam. –wysyczał przez zaciśnięte zęby mój przyjaciel.
- O co
chodzi?- spytałam przestraszona, gdy wyszliśmy szybko z hotelu i czym prędzej
wsiedliśmy do podstawionego pod samo wejście, czarnego samochodu, z
przyciemnianymi szybami. Nikt nie robił nam zdęć. Oficjalnie miałam przecież
opuścić hotel dopiero za dwa dni. Nie brak fotografów zaprzątał mi teraz głowę,
a mój nieszczęsny, wczorajszy wywiad z tą makabryczną dziennikarką. Byłam
ciekawa, co takiego powypisywała ta stara wiedźma, że Jacob wręcz porywał mnie,
wioząc cichaczem nie wiadomo po co, nie wiadomo gdzie.
Siedziałam
z moim menagerem na tylnym siedzeniu, nie mówiąc ani słowa. Wpatrywałam się
tylko w nachmurzoną, skupioną twarz Jacob, który ubrał podobne okulary
przeciwsłoneczne do moich. Przez całą drogę donikąd próbowałam wyczytać z nich
cokolwiek, jednak bezskutecznie. Facet, zastygł w bezruchu, jakby go
spetryfikowano, co wcale nie poprawiło mi nastroju. Byłam cała w nerwach, a on
ani trochę mi nie pomagał.
W
Końcu samochód się zatrzymał. Byliśmy na lotnisku. Wytrzeszczyłam oczy na
mojego menagera, który wciąż targał moją walizę, przez ramię miał przewieszoną
swoją torbę a w lewej ręce ściskał gigantyczny smartphon, na którym coś szybko
pisał.
- Jest
pierwsza po południu. Za pół godziny mamy samolot do Nowego Yorku.-
zakomenderował. Widząc moją głupią minę i to, że zamierzałam głośno
protestować, dodał:- Zaufaj mi. Wszystko wyjaśnię ci w samolocie, ok.?
Zgodziłam
się, choć nie bez wewnętrznych oporów. Samolot był niewielki i raczej przytulny, co i
tak nie zmieniało faktu, że nie był prywatny, elegancki i z pewnością był to
pierwszy lepszy lot, jaki się napatoczył Jacobowi. Nieco naburmuszona usiadłam
w ciemnym fotelu obok Jacoba, który pisał coś na smartphonie.
-
Słucham.-rzuciłam . Menager nie podniósł nawet oczu, ale rzucił mi jakąś
codzienną gazetę, taką jaką można kupić w każdym kiosku za rogiem. Widząc, ze
tylko trzymam papier, Jacob mruknął, nie patrząc na mnie:
-No
czytaj.
Przeczytałam
i to co tam znalazłam wcale mi się nie spodobało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz