piątek, 19 września 2014

Rozdział 2



Głośny, natrętny, wibrujący odgłos mojej komórki. Najgorszy dźwięk na świecie, jeśli chodzi o pobudkę. Istna tortura. Zgrzytając zębami, narzuciłam na głowę poduszkę i zakryłam się cała białą, puchatą kołdrą mojego luksusowego mieszkalnia hotelowego.  Na pewno nie zamierzałam wstać. Była stanowczo za wcześnie! Za wcześnie dla kogoś takiego jak ja, kto do hotelu dotarł o czwartej nad ranem, zdarł z siebie tę piekielną kieckę i zwalił się na to białe prześcieradło w samej bieliźnie i pełnym makijażu. Jednym słowem bycie rozpoznawalną dziewczyną nie służyło mojemu wysypianiu się. 
A telefon wciąż dzwonił, wibrując i niebezpiecznie zbliżając się do krawędzi nocnego stolika po prawej stronie. Mamrocząc pod nosem wyzwiska już podciągałam się na drżących ramionach, gdy komórka zamilkła. Z błogim westchnieniem ulgi opadłam luźno na materac łóżka, odbijając się od niego jak od trampoliny. Nagle ni z tego ni z owego zabrzmiał urywany, natarczywy sygnał hotelowego telefonu. Zacisnęłam mocniej powieki i w proteście zakopałam się jeszcze głębiej w pościel. Telefon chwilę podzwonił i zamilkł. I to nie dlatego, że wyrwałam ku kabel z gniazdka. Nie tym razem. Może minuta ciszy i po pokoju poniósł się odgłos automatycznej sekretarki. Głos, który usłyszałam, podziałam na mnie jak kubeł lodowatej wody, wylany na głowę:
- Car, miśku wstajemyyyyyyyy! Raz dwa! Zapinaj stanik i zmazuj z tę oszałamiającą, wczorajszą tapetę!- zagrzmiał zdeformowany nieco przez słuchawkę, głos mojego menagera Jacoba.- Masz być ogarnięta, trzeźwa, spakowana i gotowa do ewakuacji za piętnaście minut. PIĘTNAŚCIE MINUT. Powtórz. – „pieeeeeeeeeeetncie minnnnnnnnnnt – wymamrotałam we włosy. Jęknęłam przeciągle i narzuciłam na głowę kolejnych kilka poduszek.
- I ściągaj te poduszki z głowy, bo jak przyjdę, a ty wciąż będziesz na tamtym świecie , to wyciągnę cię za twoją idealnie wygoloną nogę i nie dam kawy! – zagroził.
Jacob doskonale wiedział, że bez kawy trzy razy dziennie, jestem praktycznie nie do życia. Totalne zombie, jeśli nie gorzej. I on niecnie to wykorzystywał, bo właśnie dzięki kofeinie miał nade mną jakąkolwiek władzę i kontrolę. Co prawda małą, ale kawa mogła zmusić mnie do drobnych trików, takich jak np. wstawanie z łóżka na zawołanie. Oczywiście w teorii. 
Nagrana wiadomość dobiegła końca i znów byłam sama w pokoju. Nieprzytomna znów zamknęłam oczy, ale teraz nie mogłam zasnąć, bo w głowie wciąż kołatały mi się słowa Jacoba. Zastanawiało mnie dlaczego mój menager chce żebym spakowała cię całkowicie i opuściła hotel. Przecież plan był inny… Mieliśmy zostać w Los Angeles jeszcze dwa dni, pokazać się na mieście i dać sobie zrobić zdjęcia, a później polecieć na sesję zdjęciową do Hollywood, by za tydzień wrócić na plan zdjęciowy, na którym właśnie kręciłam. Dziwnie. 
Nie zastanawiałam się jednak nad tym dłużej, bo bez kawy i zimnego prysznica ledwo wiedziałam gdzie jestem i jak się nazywam. Przenikając pod nosem , po czesku,  zdarłam z łóżka swoje żywe zwłoki i poczłapałam, obijając się o ściany, do łazienki. Po trzeźwiącym prysznicu i pobieżnej, szybkiej toalecie ubrana i umalowana stwierdziłam, że właśnie minęło piętnaście minut dane mi przez Jacoba. Wzruszyłam ramionami. Mój menager chyba nie sądził, że ja, JA- Carmen Michelson, wyrobię się w kwadrans?  Przeszłam powrotem do sypialni i otworzyłam swoją ogromną szafę, w której miałam góry ubrań. Nie lubiłam się bawić, w układanie w kosteczkę, więc zaczęłam po prostu wrzucać bluzki, spodnie, spódnice i sukienki na ślepo, do gigantycznej walizki za sobą. Cała ta chaotyczna operacja zabrała mi kolejne 15 minut z życia. Moja komórka i telefon hotelowy cały czas milczały, więc stwierdziłam, że Jacob najprawdopodobniej doskonale wiedział, że nie ma się co mnie spodziewać wcześniej jak godzinę po pobudce.
Postanowiłam go zaskoczyć i wyrobić się w 45 minut. Już sięgałam klamki, by wytargać walizę, na próg korytarza, gdy drzwi otworzyły się z hukiem i do środka wparował nie kto inny jak mój boski, niezwykły, olśniewający i gustownie ubrany menager Jacob Escann. W ręku trzymał dwa, jednorazowe, solidnie wyglądające kubki, parującej, czarnej kawy i tajemniczą paczkę, przesiąkniętą od spodu tłuszczem. 
-Panie i panowie, oto i menager Carmen „Car” Michelson, który widząc ją gotową do wyjścia, niemal upuścił to co akurat trzymał w rekach.-powiedział głośnym, raźnym głosem, jakby właśnie przespał dwanaście godzin i wypił 3 litry mega mocnej kawy.  
-Matko, nie krzycz tak.-skrzywiłam się, mrużąc oczy, jakbym miała kaca. A przecież, nie miałam, bo poprzedniego wieczoru nieźle się pilnowałam. Wiem, że alkohol wyniszcza organizm i urodę, a ja się nie piszę na wygląd czterdziestolatki w wieku dwudziestu paru lat.
Jacob chwycił moją walizę i z widocznym trudem pociągną ją za sobą. Nie miałam wyboru, więc wzięłam od niego kubki kawy i pobiegłam za nim truchtem, popijając czarny, upragniony płyn. 
-Gdzie ty mnie ciągniesz?- spytałam, gdy zjechaliśmy windą na sam dół do recepcji i mój menager właśnie mnie wymeldowywał. Wcześniej było mi wszystko jedno, ale po dawce kofeiny, zaczęłam się buntować i żądać wyjaśnień.   
Jacob rzucił mi dużą, szarą bluzę i parę chyba najciemniejszych okularów na świecie. Z narastającym lękiem ubrałam bluzę i założyłam okulary. Głęboki kaptur wszystko mi zasłaniał.
-Zmiana planów, Car. A wszystko to przez ten uroczy wywiad, tej śmierdzącym zgniłym łosiem Jane JakiejśTam. –wysyczał przez zaciśnięte zęby mój przyjaciel.  
- O co chodzi?- spytałam przestraszona, gdy wyszliśmy szybko z hotelu i czym prędzej wsiedliśmy do podstawionego pod samo wejście, czarnego samochodu, z przyciemnianymi szybami. Nikt nie robił nam zdęć. Oficjalnie miałam przecież opuścić hotel dopiero za dwa dni. Nie brak fotografów zaprzątał mi teraz głowę, a mój nieszczęsny, wczorajszy wywiad z tą makabryczną dziennikarką. Byłam ciekawa, co takiego powypisywała ta stara wiedźma, że Jacob wręcz porywał mnie, wioząc cichaczem nie wiadomo po co, nie wiadomo gdzie. 
Siedziałam z moim menagerem na tylnym siedzeniu, nie mówiąc ani słowa. Wpatrywałam się tylko w nachmurzoną, skupioną twarz Jacob, który ubrał podobne okulary przeciwsłoneczne do moich. Przez całą drogę donikąd próbowałam wyczytać z nich cokolwiek, jednak bezskutecznie. Facet, zastygł w bezruchu, jakby go spetryfikowano, co wcale nie poprawiło mi nastroju. Byłam cała w nerwach, a on ani trochę mi nie pomagał. 
W Końcu samochód się zatrzymał. Byliśmy na lotnisku. Wytrzeszczyłam oczy na mojego menagera, który wciąż targał moją walizę, przez ramię miał przewieszoną swoją torbę a w lewej ręce ściskał gigantyczny smartphon, na którym coś szybko pisał. 
- Jest pierwsza po południu. Za pół godziny mamy samolot do Nowego Yorku.- zakomenderował. Widząc moją głupią minę i to, że zamierzałam głośno protestować, dodał:- Zaufaj mi. Wszystko wyjaśnię ci w samolocie, ok.? 
Zgodziłam się, choć nie bez wewnętrznych oporów.  Samolot był niewielki i raczej przytulny, co i tak nie zmieniało faktu, że nie był prywatny, elegancki i z pewnością był to pierwszy lepszy lot, jaki się napatoczył Jacobowi. Nieco naburmuszona usiadłam w ciemnym fotelu obok Jacoba, który pisał coś na smartphonie. 
- Słucham.-rzuciłam . Menager nie podniósł nawet oczu, ale rzucił mi jakąś codzienną gazetę, taką jaką można kupić w każdym kiosku za rogiem. Widząc, ze tylko trzymam papier, Jacob mruknął, nie patrząc na mnie:
-No czytaj.
Przeczytałam i to co tam znalazłam wcale mi się nie spodobało. 

                 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

Wattpad