Jane
stworzyła dla mnie istne prywatne piekło. Pisała, że choć jestem całkiem ładną,
dobrze zapowiadającą się „aktoreczką”, to nadaję się jedynie na słodziutkie
filmy Disney Channel dla nastolatków. Według niej jestem też nudna, cicha i
dziwi ją, że ktoś taki jak ja dał radę wyściubić choć skrawek nosa zza stan
Arizony, gdzie dotąd mieszkałam i lepiej byłoby dla mnie, gdybym tam wróciła i została do śmierci.
Rozmowa
z nią była co najmniej trudna. -pisała ta krowa- Zamknięta w sobie, chorobliwie
nieśmiała i w dodatku bez kaszty aktorskiej ironii i kokieterii, które urozmaicają
rozmowy, Carmen Michelson ( lat 24), siedziała jak trusia i czekała na proste,
krótkie pytana, na które odpowiadała równie zwięźle i nużąco ( najczęściej
tylko ‘Tak” lub „Nie”).
-
Co za suka!- wrzasnęłam na cały samolot, tak że kilka najbliżej siedzących
osób, odwróciło się w nasza stronę z wyrazem dezaprobaty na twarzach.- Ja mam
osiemnaście lat! A poza tym co miałam jej powiedzieć, gdy ta chodząca wredota
bombardowała mnie milionami nazwisk, żeby wywąchać, kto mi się podoba i jaką
sensację mogłaby z tego wydziergać!- krzyczałam jak opętana. Cisnęłam zmiętą w
kulkę gazetę w okno samolotu. Jacob uchylił się w samą porę
-
Car, wyluzuj. Najgorsze dopiero przed tobą.- odezwał się mój przyjaciel.-
Właśnie próbuję wykłócić z Markiem, żeby nie publikował tego gówna u siebie,
ale nie chce się zgodzić, bo dużo zapłacił za wywiad i jest pewny, ze w
Internecie zrobi furorę. W sumie, to mu się nie dziwię. Nieźle pojechała po
tobie ta cała Jane…
-Po
co akurat wieziesz mnie do NY?- prychnęłam poirytowana, bo zaburczało mi w
brzuchu z głodu. Nic dzisiaj przecież nie jadłam, a gdy zobaczyłam co Jacob
kupił i co było w tej zatłuszczonej torbie, już całkiem się załamałam i
zdecydowałam na ekstremalną głodówkę.
-Tam
się nas nie spodziewają. – Jacob wzruszył ramionami.-Mamy parę luźnych dni i
czy chcesz czy nie, już wiem jak je wykorzystamy. Jak mówią, duże miasto, duże możliwości…
-popatrzyłam na niego ze zgroza w oczach.
-
Co ty planujesz, do cholery?- zapytałam ze strachem. Facet zdolny był do
wszystkiego. Na serio.
-
Dowiesz się jak wylądujemy i dojedziemy do mieszkania. Spoko, załatwiłem już
klucze. A teraz poczytaj sobie, jakieś stare magazyny, gdzie ciebie nie będzie,
a ja będę walczył jak lew w obronie twojej dupy, jakkolwiek to brzmi. –Jacob
zaśmiał się bez wesołości w głosie. Włączył swój laptop i oddał się bez reszty pracy.
Do
końca podróży, mój przyjaciel milczał, a ja czytałam bez zainteresowania
przestarzałe i w dodatku nieprawdziwe plotki o Scarlett Johansson. Gdy samolot
wylądował, Jacob zapakował nas do żółtej królowej szos Nowego York i kazał zawieść nas
do samego centrum, gdzie miałam swój, a właściwie nasz wspólny apartament w
jednym z nowocześniejszych drapaczy tamtejszych chmur.
Weszliśmy
do środka mieszkania. Ja od razu rzuciłam się biegiem do kuchni, gdzie w
szafkach znalazłam czekoladę, ciastka i inne przekąski o długim terminie
ważności oraz trochę niegazowanej wody ( soków nie było). Na szczęście w
nieszczęściu, gdy mieszkałam tu niespełna miesiąc temu, zostawiłam sobie
„co-nieco” na czarną godzinę. Wyrzuciłam
wszystko na stół i rozpoczęłam swoją ucztę. Gdy zapchało mnie tak, że nie
mogłam się ruszyć, Jacob opadł na krzesło przede mną. Miał nieco kwaśną minę i
już wiedziałam, że zaraz uraczy mnie niezbyt radosnymi nowinami.
-
No więc tak: Jak odbierasz cały wywiad?- spytał, prawie w ten sam sposób, co
wczoraj Jane.
-Było
beznadziejnie! Wiesz, co ją jedynie kręciło? To czy mam kogoś! Czaisz? –
żołądkowałam się. Czułam, jak rozpiera mnie dziwna energia, ale to chyba przez
mieszankę czekolady z kawą. – Ciągle tylko: „A masz chłopaka? A dlaczego nie? A
twój menager, Jacob? To tylko przyjaciel, czy ktoś więcej? „- przy zmiance o
nim Jacob prychnął pogardliwie, ale nic nie powiedział.- A gdy próbowałam jej
wyjaśnić kulturalnie, że nie mam czasu na amory, to się ze mnie głupio śmiała.
– skończyłam nagle, bo zrozumiałam, że nie o taką relację chodziło Jacobowi. To
wszystko mógł sobie przeczytać z gazety i przetłumaczyć, z dziennikarza na
aktora.
-
No i powiedziała, że jestem nudna, nie?- mruknęłam, wpatrując się w swoje
kolana.
-
Echem. I że jesteś cicha, nieciekawa, nie kontaktowa, nienormalnie nieśmiała,
nie masz poczucia humoru, jesteś małomówna, prawdopodobnie Jane, między
wierszami zawarła też że jesteś ładna,
ale głupia i aspołeczna. A, i jeszcze dzika, cokolwiek miałoby to znaczyć. –
wyliczał Jacob, a ja z każdym jego słowem zsuwałam się bardziej pod stół.
-
Co chciała tym osiągnąć?- wyszeptałam ze złością. Ta sytuacja coraz bardziej
mnie drażniła.
-
Już ci mówię. Jane pokazała cię na tyle negatywnie, ze teraz, gdybyś nawet
chciała kogoś sobie znaleźć i wypromować się na nim, jak to się robi w
Hollywood , to nikt nie będzie chciał nawet zrobić sobie zdjęcia na jakiejś podrzędnej, muzycznej imprezie, bo
nie będzie mu się to opłacało. Nie zdziwiłbym się, gdyby nagle połowa
producentów wycofała się ze współpracy z tobą, mimo twojej nagrody. Choć na
razie mój telefon milczy w tej sprawie. I jeszcze jedno. Wiesz… -na chwilę
zawiesił głos- niektórzy mówią nawet, że…. może masz inne ….eee.. .gusta. Jeśli
wiesz, co mam na myśli.-dokończył szybko, nieco zmieszany.
Przez
chwilę, nie wiedziałam, o czym mówi, a kiedy sens jego słów w końcu do mnie
dotarł, poczułam jak pieką mnie policzki z bezsilnej wściekłości i zażenowania.
Z miejsca pożałowałam, że nie udusiłam tej ropuchy Jane, kiedy miałam okazję.
-
I co z tym zrobimy?- zapytałam słabym głosem.
-
Z tym, że jesteś innej orientacji?- spytał trochę niemrawo mój przyjaciel.
-
Wcale nie jestem! Jestem w stu procentach normalna w tym temacie, nawet mnie
nie denerwuj. –wysyczałam jadowitym głosem.
-
Ok., ok. Mam już parę pomysłów. No, w
zasadzie jeden, ale nie chwaląc się genialny… -powiedział Jacob smętnym
głosem. Jak każdy, w jego branży, wolałby mieć z górki ze swoimi podopiecznymi.
Niestety nie udało mu się utrzymać mnie na powierzchni i teraz musiał mnie
ratować, bo inaczej pójdziemy oboje na dno.
-
No to strzelaj.- stwierdzałam mało zachęcającym głosem.
Mój
przyjaciel westchnął ciężko i położył na stole pomiętą, zapisaną kartkę. Przysunęłam ją sobie pod oczy i stwierdziłam,
z mój menager zrobił swego rodzaju listę.
- Słuchaj, Car tylko się nie denerwuj, bo nie
warto. To dla twojego dobra. – cała się spięłam i najeżyłam, słysząc ostatnie
zdanie. To dla twojego dobra. Najgorsze,
co można usłyszeć, bo wtedy już wiadomo, że kolorowo nie będzie.
-
Co chcesz przez to powiedzieć?- warknęłam nieco zbyt agresywnie.
-
Więc tak, pomyślałem, że zabawimy się trochę… eee… kosztem innych. Widzisz,
Jane zrobiła z ciebie totalnego potwora typu Loch Ness i teraz potrzeba czegoś,
co sprawi, że znów będziesz praktycznie nietykalna pod tym kątem. A nic tak nie
dodaje blasku i pewności siebie, jak właśnie ten nieszczęsny chłopak..
-Ty
chyba żartujesz!- zerwałam się z krzesła, przewracając je z hukiem.
-
Car, problem w tym, ze jakoś ostatnio nie jest mi do śmiechu.- stwierdził wolno
menager.- Wysłucha mnie więc do końca. Na stole leży lista „ kandydatów”.
- prychnęłam, siadając z powrotem na swoim miejscu. -Tak, wiem, ze
to głupi brzmi. Zrobiłem ją w samolocie. Niektórych musiałem wykreślić, bo ich
przedstawiciele się nie zgodzili, ale ci pozostali są gotowi i chętni na udział
w małym przedstawieniu.
-Przedstawienie?-
zdziwiłam się.
-
No tak. Bo widzisz, mój plan polega z grubsza na tym, że wybierzesz sobie z
listy jednego, początkującego artystę, który na znajomości z tobą też by zyskał
i przez jakiś czas udawalibyście przed kamerami zakochanych… I jak? Znośny
pomysł? – spytał pewnym głosem. Chyba ulżyło mu, gdy mi w końcu o tym
powiedział.
-
Zaraz, czy dobrze rozumiem? Mam z jakimś hollywoodzkim lalusiem grać szaleństwa
młodości, by pokazać, że ze mną i moją orientacją wszystko w porządku i później
rzucić go w cholerę i więcej o nim nie myśleć, tak?- powiedziałam nieco
sceptycznie.
-
Powiedzmy.- odparł Jacob, podsuwając mi do ręki jego listę.
-
No nie wiem…- zaczęłam, ale mój przyjaciel uciszył mnie machnięciem ręki.
Zrezygnowana
spuściłam wzrok na tę denną kartkę papieru, przybrudzonego na rogu kawą. Parę
razy przeczytałam wszystkie nazwiska. Prawdę mówiąc praktycznie połowy z nich nie znałam, a nawet
jeśli coś o nich wpadło mi do ucha, to wypadło drugim. Kojarzyłam tylko dwóch
aktorów, dwa lata ode mnie starszych, którzy budzili we mnie głęboką odrazę od
czasu poznania ich w Las Vegas trzy miesiące temu. Wracając myślami do tamtej
nocy, wciąż mam dreszcze i odruch wymiotny.
-
Jacob, ja nie… no, nie znam ich w ogóle. Nie mam czasu na szukanie, po stronach
internetowych ich zaciekłych fanek, każdego z osobna. – stwierdziła, odsuwając
od siebie kartkę.
-
Wiedziałem, że tak będzie.- odparł mój przepowiadający przyszłość menager.-
Losuj.- dodał beztrosko. Rzucił mi długopis, a ja złapałam go w locie. Losować.
A właściwie czemu nie? I tak nie ma innego wyjścia, a gdyby nawet istniało
gdzieś we wszechświecie, nie było czasu by go szukać. Zamknęłam oczy i
zamachałam markerem nad listą, dźgając ją zawzięcie. Dwa razy trafiłam na
skreślone nazwiska. Jak to mówią, do trzech razy sztuka. Po raz trzeci
dziabnęłam kartkę długopisem, rozchyliłam powieki i przeczytałam na głos:
-
Luke Hemmings- nie wiedzieć czemu, miałam wrażenie, że będzie ciekawie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz