niedziela, 21 września 2014

Rozdział 3



Jane stworzyła dla mnie istne prywatne piekło. Pisała, że choć jestem całkiem ładną, dobrze zapowiadającą się „aktoreczką”, to nadaję się jedynie na słodziutkie filmy Disney Channel dla nastolatków. Według niej jestem też nudna, cicha i dziwi ją, że ktoś taki jak ja dał radę wyściubić choć skrawek nosa zza stan Arizony, gdzie dotąd mieszkałam i lepiej byłoby dla mnie, gdybym tam  wróciła i została do śmierci. 
Rozmowa z nią była co najmniej trudna. -pisała ta krowa- Zamknięta w sobie, chorobliwie nieśmiała i w dodatku bez kaszty aktorskiej ironii i kokieterii, które urozmaicają rozmowy, Carmen Michelson ( lat 24), siedziała jak trusia i czekała na proste, krótkie pytana, na które odpowiadała równie zwięźle i nużąco ( najczęściej tylko ‘Tak” lub „Nie”). 
- Co za suka!- wrzasnęłam na cały samolot, tak że kilka najbliżej siedzących osób, odwróciło się w nasza stronę z wyrazem dezaprobaty na twarzach.- Ja mam osiemnaście lat! A poza tym co miałam jej powiedzieć, gdy ta chodząca wredota bombardowała mnie milionami nazwisk, żeby wywąchać, kto mi się podoba i jaką sensację mogłaby z tego wydziergać!- krzyczałam jak opętana. Cisnęłam zmiętą w kulkę gazetę w okno samolotu. Jacob uchylił się w samą porę
- Car, wyluzuj. Najgorsze dopiero przed tobą.- odezwał się mój przyjaciel.- Właśnie próbuję wykłócić z Markiem, żeby nie publikował tego gówna u siebie, ale nie chce się zgodzić, bo dużo zapłacił za wywiad i jest pewny, ze w Internecie zrobi furorę. W sumie, to mu się nie dziwię. Nieźle pojechała po tobie ta cała Jane…
-Po co akurat wieziesz mnie do NY?- prychnęłam poirytowana, bo zaburczało mi w brzuchu z głodu. Nic dzisiaj przecież nie jadłam, a gdy zobaczyłam co Jacob kupił i co było w tej zatłuszczonej torbie, już całkiem się załamałam i zdecydowałam na ekstremalną głodówkę. 
-Tam się nas nie spodziewają. – Jacob wzruszył ramionami.-Mamy parę luźnych dni i czy chcesz czy nie, już wiem jak je wykorzystamy.  Jak mówią, duże miasto, duże możliwości… -popatrzyłam na niego ze zgroza w oczach. 
- Co ty planujesz, do cholery?- zapytałam ze strachem. Facet zdolny był do wszystkiego. Na serio.
- Dowiesz się jak wylądujemy i dojedziemy do mieszkania. Spoko, załatwiłem już klucze. A teraz poczytaj sobie, jakieś stare magazyny, gdzie ciebie nie będzie, a ja będę walczył jak lew w obronie twojej dupy, jakkolwiek to brzmi. –Jacob zaśmiał się bez wesołości w głosie. Włączył swój laptop i oddał się bez reszty pracy.
Do końca podróży, mój przyjaciel milczał, a ja czytałam bez zainteresowania przestarzałe i w dodatku nieprawdziwe plotki o Scarlett Johansson. Gdy samolot wylądował, Jacob zapakował nas do żółtej  królowej szos Nowego York i kazał zawieść nas do samego centrum, gdzie miałam swój, a właściwie nasz wspólny apartament w jednym z nowocześniejszych drapaczy tamtejszych chmur. 
Weszliśmy do środka mieszkania. Ja od razu rzuciłam się biegiem do kuchni, gdzie w szafkach znalazłam czekoladę, ciastka i inne przekąski o długim terminie ważności oraz trochę niegazowanej wody ( soków nie było). Na szczęście w nieszczęściu, gdy mieszkałam tu niespełna miesiąc temu, zostawiłam sobie „co-nieco” na czarną godzinę.  Wyrzuciłam wszystko na stół i rozpoczęłam swoją ucztę. Gdy zapchało mnie tak, że nie mogłam się ruszyć, Jacob opadł na krzesło przede mną. Miał nieco kwaśną minę i już wiedziałam, że zaraz uraczy mnie niezbyt radosnymi nowinami.
- No więc tak: Jak odbierasz cały wywiad?- spytał, prawie w ten sam sposób, co wczoraj Jane. 
-Było beznadziejnie! Wiesz, co ją jedynie kręciło? To czy mam kogoś! Czaisz? – żołądkowałam się. Czułam, jak rozpiera mnie dziwna energia, ale to chyba przez mieszankę czekolady z kawą. – Ciągle tylko: „A masz chłopaka? A dlaczego nie? A twój menager, Jacob? To tylko przyjaciel, czy ktoś więcej? „- przy zmiance o nim Jacob prychnął pogardliwie, ale nic nie powiedział.- A gdy próbowałam jej wyjaśnić kulturalnie, że nie mam czasu na amory, to się ze mnie głupio śmiała. – skończyłam nagle, bo zrozumiałam, że nie o taką relację chodziło Jacobowi. To wszystko mógł sobie przeczytać z gazety i przetłumaczyć, z dziennikarza na aktora. 
- No i powiedziała, że jestem nudna, nie?- mruknęłam, wpatrując się w swoje kolana.
- Echem. I że jesteś cicha, nieciekawa, nie kontaktowa, nienormalnie nieśmiała, nie masz poczucia humoru, jesteś małomówna, prawdopodobnie Jane, między wierszami zawarła też  że jesteś ładna, ale głupia i aspołeczna. A, i jeszcze dzika, cokolwiek miałoby to znaczyć. – wyliczał Jacob, a ja z każdym jego słowem zsuwałam się bardziej pod stół.
- Co chciała tym osiągnąć?- wyszeptałam ze złością. Ta sytuacja coraz bardziej mnie drażniła.
- Już ci mówię. Jane pokazała cię na tyle negatywnie, ze teraz, gdybyś nawet chciała kogoś sobie znaleźć i wypromować się na nim, jak to się robi w Hollywood , to nikt nie będzie chciał nawet zrobić sobie zdjęcia  na jakiejś podrzędnej, muzycznej imprezie, bo nie będzie mu się to opłacało. Nie zdziwiłbym się, gdyby nagle połowa producentów wycofała się ze współpracy z tobą, mimo twojej nagrody. Choć na razie mój telefon milczy w tej sprawie. I jeszcze jedno. Wiesz… -na chwilę zawiesił głos- niektórzy mówią nawet, że…. może masz inne ….eee.. .gusta. Jeśli wiesz, co mam na myśli.-dokończył szybko, nieco zmieszany.
Przez chwilę, nie wiedziałam, o czym mówi, a kiedy sens jego słów w końcu do mnie dotarł, poczułam jak pieką mnie policzki z bezsilnej wściekłości i zażenowania. Z miejsca pożałowałam, że nie udusiłam tej ropuchy Jane, kiedy miałam okazję.
- I co z tym zrobimy?- zapytałam słabym głosem.
- Z tym, że jesteś innej orientacji?- spytał trochę niemrawo mój przyjaciel.
- Wcale nie jestem! Jestem w stu procentach normalna w tym temacie, nawet mnie nie denerwuj. –wysyczałam jadowitym głosem.
- Ok., ok. Mam już parę pomysłów. No, w  zasadzie jeden, ale nie chwaląc się genialny… -powiedział Jacob smętnym głosem. Jak każdy, w jego branży, wolałby mieć z górki ze swoimi podopiecznymi. Niestety nie udało mu się utrzymać mnie na powierzchni i teraz musiał mnie ratować, bo inaczej pójdziemy oboje na dno.
- No to strzelaj.- stwierdzałam mało zachęcającym głosem.
Mój przyjaciel westchnął ciężko i położył na stole pomiętą, zapisaną kartkę.  Przysunęłam ją sobie pod oczy i stwierdziłam, z mój menager zrobił swego rodzaju listę.
-   Słuchaj, Car tylko się nie denerwuj, bo nie warto. To dla twojego dobra. – cała się spięłam i najeżyłam, słysząc ostatnie zdanie. To dla twojego dobra. Najgorsze, co można usłyszeć, bo wtedy już wiadomo, że kolorowo nie będzie. 
- Co chcesz przez to powiedzieć?- warknęłam nieco zbyt agresywnie.
- Więc tak, pomyślałem, że zabawimy się trochę… eee… kosztem innych. Widzisz, Jane zrobiła z ciebie totalnego potwora typu Loch Ness i teraz potrzeba czegoś, co sprawi, że znów będziesz praktycznie nietykalna pod tym kątem. A nic tak nie dodaje blasku i pewności siebie, jak właśnie ten nieszczęsny chłopak..
-Ty chyba żartujesz!- zerwałam się z krzesła, przewracając je z hukiem. 
- Car, problem w tym, ze jakoś ostatnio nie jest mi do śmiechu.- stwierdził wolno menager.- Wysłucha mnie więc do końca. Na stole leży lista „ kandydatów”. -  prychnęłam, siadając  z powrotem na swoim miejscu. -Tak, wiem, ze to głupi brzmi. Zrobiłem ją w samolocie. Niektórych musiałem wykreślić, bo ich przedstawiciele się nie zgodzili, ale ci pozostali są gotowi i chętni na udział w małym przedstawieniu.
-Przedstawienie?- zdziwiłam się. 
- No tak. Bo widzisz, mój plan polega z grubsza na tym, że wybierzesz sobie z listy jednego, początkującego artystę, który na znajomości z tobą też by zyskał i przez jakiś czas udawalibyście przed kamerami zakochanych… I jak? Znośny pomysł? – spytał pewnym głosem. Chyba ulżyło mu, gdy mi w końcu o tym powiedział.
- Zaraz, czy dobrze rozumiem? Mam z jakimś hollywoodzkim lalusiem grać szaleństwa młodości, by pokazać, że ze mną i moją orientacją wszystko w porządku i później rzucić go w cholerę i więcej o nim nie myśleć, tak?- powiedziałam nieco sceptycznie.
- Powiedzmy.- odparł Jacob, podsuwając mi do ręki jego listę.
- No nie wiem…- zaczęłam, ale mój przyjaciel uciszył mnie machnięciem ręki.
Zrezygnowana spuściłam wzrok na tę denną kartkę papieru, przybrudzonego na rogu kawą. Parę razy przeczytałam wszystkie nazwiska. Prawdę mówiąc  praktycznie połowy z nich nie znałam, a nawet jeśli coś o nich wpadło mi do ucha, to wypadło drugim. Kojarzyłam tylko dwóch aktorów, dwa lata ode mnie starszych, którzy budzili we mnie głęboką odrazę od czasu poznania ich w Las Vegas trzy miesiące temu. Wracając myślami do tamtej nocy, wciąż mam dreszcze i odruch wymiotny.
- Jacob, ja nie… no, nie znam ich w ogóle. Nie mam czasu na szukanie, po stronach internetowych ich zaciekłych fanek, każdego z osobna. – stwierdziła, odsuwając od siebie kartkę.
- Wiedziałem, że tak będzie.- odparł mój przepowiadający przyszłość menager.- Losuj.- dodał beztrosko. Rzucił mi długopis, a ja złapałam go w locie. Losować. A właściwie czemu nie? I tak nie ma innego wyjścia, a gdyby nawet istniało gdzieś we wszechświecie, nie było czasu by go szukać. Zamknęłam oczy i zamachałam markerem nad listą, dźgając ją zawzięcie. Dwa razy trafiłam na skreślone nazwiska. Jak to mówią, do trzech razy sztuka. Po raz trzeci dziabnęłam kartkę długopisem, rozchyliłam powieki i przeczytałam na głos:
- Luke Hemmings- nie wiedzieć czemu, miałam wrażenie, że będzie ciekawie.

            http://media.tumblr.com/tumblr_mca3q80nh31qe9eo3.gif

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

Wattpad