- Carmen, Carmen!
- Tutaj, popatrz tutaj!
-Uśmiech,
Carmen!
- Obróć
się!
-Poza,
teraz poza Carmen!
Carmen,
Carmen, Carmen. Stałam sama, na czerwonym, krwiożerczym dywanie, zarezerwowanym
dla takich Pięknych Twarzy jak moja, a chmara fotografów wołała ochrypłym
głosem moje imię, bym łaskawie zerknęła w ich stronę i następnego dnia mogła
podziwiać wyretuszowaną zgrabnie samą siebie w gazetach i Internecie. Następny
wieczór, oślepiający mnie błyskami i
jaskrawymi kolorami, spędzony w sztywnej kreacji, od znanego projektanta, która
nigdy nie okryje mnie na tyle długo, by dopasować się do mojej sylwetki.
Kolejny
błysk, nieustający klik fleszów, chór głosów ludzi, których oddzielała ode mnie
jedynie niska, licha barierka. Miało być jeszcze gorzej. Miliony widzów,
skandujących twoje imię, domagających się uwagi i prywatnego przyjaznego
uśmiechu, najlepiej z zamaszystym podpisem na własnej śliskiej, błyszczącej
fotografii. Wiedziałam o tym wszystkim od samego początku, ale i tak
postanowiłam wspiąć się na sam szczyt i podziwiać stamtąd jak zachodzi słońce
nad Los Angeles.
Przeszłam
kawałeczek dywanem, robiąc miejsce kolejnym popularnym gościom. Po
kolejnych paru minutach wdzięcznego
pozowania i sztucznych uśmiechów do obiektywu, poczułam delikatny uścisk na
ramieniu. Zostałam poprowadzona pomiędzy różnymi rozmawiającymi wesoło wielkimi
gwiazdami, które świetnie wiedziały co zrobić, by zostać zauważonymi przez
ważnych i wpływowych dziennikarzy z najlepszych światowych gazet.
A
jeśli już chodzi o gazety. Jedną z wszechwiedzących i najzacieklejszych
przedstawicielek gatunku dziennikarzy była z pewnością niejaka Jane Holden, z
którą byłam umówiona na krótki wywiad zaraz przed filmową galą, na której byłam
nominowana w kategorii najlepsza młoda aktorka. Jane czekała na mnie przy
jednym z bardziej oddalonych stolików w jeszcze pustej Sali, na której miała
się odbyć oficjalna część filmowana ze wszystkich stron i puszczana na żywo w
telewizji. Gdy do niej podeszłam, tylko skinęła na mnie głową. Jej fotograf
wyskoczył z nikąd i zrobił mi kilka niespodziewanych zdjęć. Usiadłam i utkwiłam
wzrok, w punkcie, gdzieś nad lewym ramieniem dziennikarki. Nie powiem, że
lubiłam wywiady. Jak większość znanych ludzi, traktowałam je jako zło
koniecznie, by nakarmić bestie. Jane odchrząknęła i odezwała się swoim
rzeczowym i śmiesznie profesjonalnym głosem, który w jej przekonaniu miał mnie
chyba nakłonić do głębokich zwierzeń, wyznawanych jej w ramię, ze łzami w
oczach. Jane chyba przeceniała swoje możliwości:
-Jak się
masz Carmen? – rozpoczęła. Od razu pomyślałam, że kobiecie przede mną, do Oprah
brakuje i talentu i… całej reszty.
-
Wszystko świetnie, dzięki. A u ciebie?- kochałam to hollywoodzkie spoufalanie
się z obcymi ludźmi. Siedząc na pustej Sali, z Jane, która chłonęła każde moje
słowo, jak gąbka SpongBob miałam z tego niezłą frajdę. Czułam się jak dziecko,
jadące na rowerze z górki, bez sprawnych
hamulców. Odczuwa się wiele emocji. Strach, radość. Ma się wrażenie, że
teraz można wszystko i nikt nie może cię zatrzymać, ale jednocześnie masz
świadomość, że w każdej chwili możesz trafić na kamień, wśród traw i zaliczyć
niezłą wywrotkę.
-
Przejdźmy od razu do rzeczy.-zakomenderowała Jane.- Jesteś piękną, znaną i do
tego zdolną młodą aktorką, którą odkrył sam Tim Burton, znany z stworzenia
wielu kinowych hitów. Nie ulega wiec wątpliwości, że zostałaś na samym starcie rzucona na
głęboką wodę i z zadziwiająca łatwością nauczyłaś się pływać wśród wszystkich
tych grubych ryb… Osobiście nasz Depp’a i Helenę Bonham Carter, z którymi
pracujesz na co dzień. Śmiem więc twierdzić, ze to ty jesteś odkryciem roku,
które za godzinę, stanie na tej scenie, trzymając w ręku statuetkę dla
najlepszej młodej aktorki. – jak powódź zalewał mnie potok jej słów wyostrzonych pochwał. Z całej siły starałam
się nie speszyć i nie poczerwienieć, jak stary pijak, ale nie za bardzo mi szła
ta kontrola, której tak usilne próbował nauczyć mnie mój menager Jacob.
Zaciskałam na podołku, mokre od potu dłonie. – A mimo to..- kontynuowała Jane- wciąż jesteś samotna. Całkowicie do
wzięcia i bez nikogo u boku, kto stanowiłby wsparcie w ciężkich chwilach
kapryśnej sławy… Jest oczywiście niejaki Jacob Escann, twój zaufany menager,
ale to chyba nie to, co? Nie ma iskry, tej chemii, to tylko praca, prawda?
–dziennikarka wreszcie zamilkła, wpatrując się we mnie natarczywym wzrokiem.
Zerknęłam ukrytkiem na stolik, na którym leżał mały, gustowny, włączony
dyktafon.
- Tak
,masz rację , co do Jacoba. To świetny kumpel i niezawodny przedstawiciel,
który potrafi załatwić ci wszystko, czego potrzebujesz…., ale rzeczywiście, na
naszej przyjaźni się kończy. Nie zastanawiałam już dawno, nad tym że w moim życiu
nie ma nikogo, z kim chciałabym być. –zaśmiałam się, choć niestety mało przekonująco,
co nie uszło uwadze czujnej Jane . – Mam
dużo obowiązków. Ciągle jestem albo na planie, albo w podnóży. Wiesz, u mnie
ciągle się coś dzieje. Nie mam czasu na spokojne wypicie wieczornego kakao,
więc sama rozumiesz, że nie ma praktycznie mowy o żadnym romansie. Nic by z
tego nie wyszło…
-Czyli
nie ma nawet cienia nadziei na jakiś związek? Musisz się czuć samotna,
opuszczona, ba! Może nawet całkowicie nieatrakcyjna dla płci przeciwnej.–
dziennikarka drążyła temat niestrudzona.
- Och,
już nie przesadzajmy.- powiedziałam, przewracając oczami. Już wiedziałam, jaki
jest główny i jedyny temat naszego wywiadu. –Może kiedyś natknę się na kogoś,
komu moje zabiegane życie nie będzie przeszkadzać. Na razie najważniejsza jest
dla mnie nowa rola i planowany za miesiąc, wyczekany wyjazd do rodziny w
Arizonie, gdzie się wychowałam.
Jednak
fakt iż nie potrzebny mi na razie żaden chłopak i nieudana próba zwrócenia
uwagi na mój fikcyjny wyjazd do Arizony, nie zagięła prostych i starannie
wcześniej nakreślonych planów Jane, która postawiła sobie chyba za punkt
honoru, wypytać mnie o wszystko, co związane z cholernym słowem : „Miłość”.
Kilka razy nieudolnie próbowałam zmienić temat na jakiś bardziej ogólny jak np. jaka jest atmosfera
na planie lub czy podoba mi się wielki świat.
Do dziennikarki nic nie docierało i wciąż wierciła mi dziurę w brzuchu
pytaniami o moje szkolne miłości i o wszystkich chłopaków, którzy kiedykolwiek
się do mnie odezwali.
Oprócz
tego Jane prześwietliła wszystkich wolnych gwiazdorów Hollywood, niekoniecznie
tylko w moim wieku, usilnie szukając mi partnera ( ona strzelała imię, a
ja wykręcałam się czym mogłam lub po
prostu mówiłam dobitnie :NIE, nie zastanawiając się nawet o kim właściwie
mowa.) Przez cały wywiad miałam wrażenie, że ktoś zapłacił dodatkowo Jane, po
to by zmieniła się w namolną podstarzałą swatkę, która próbuje znaleźć swoje
szczęście w szczęściu innych .
Pod koniec wywiadu byłam wykończona, zła,
głodna i przede wszystkim pewna, ze mój nastrój odbił się na moim wyglądzie.
Gdy żegnałam się z Jane, przez chwilę musiałam walczyć z przemożną ochotą
uduszenia jej gołymi rękami i wrzuceniu do ścieków pod miastem.
Dziennikarka
opuściła lokum , ludzie zaczęli się schodzić, a ja usiadłam przy swoim stoliku,
przy samej scenie, przy którym siedziała już Helena B.C. i parę innych ludzi z
obsady naszego nowego filmu. Helena odwróciła się do mnie i zajęła spokojną
rozmową o niczym. Pomimo tego iż lekko mówiąc znielubiłam Jane, miała ona
proroczą rację, jeśli chodzi o moją nominację. Rzeczywiście wygrałam, co już
całkowicie wyeliminowało dziennikarkę z mojej głowy. Wygłosiłam krótkie,
zwięzłe przemówienie, jakich wiele, z podziękowaniami dla wszystkich, łącznie z
woźnym mojej podstawki, do której chodziłam dwa lata, bez którego nie byłoby
mnie tutaj. Hahahah, taki głupi dowcip Carmen Michelson. Boki zrywać.
Do
końca całej gali miałam świetny humor i nawet najgłupsze, najbardziej sprośne i
czerstwe żarty pary prowadzących rozśmieszały mnie do łez.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz