wtorek, 16 września 2014

Rozdział 1




- Carmen, Carmen!
- Tutaj, popatrz tutaj!
-Uśmiech, Carmen!
- Obróć się!
-Poza, teraz poza Carmen!
Carmen, Carmen, Carmen. Stałam sama, na czerwonym, krwiożerczym dywanie, zarezerwowanym dla takich Pięknych Twarzy jak moja, a chmara fotografów wołała ochrypłym głosem moje imię, bym łaskawie zerknęła w ich stronę i następnego dnia mogła podziwiać wyretuszowaną zgrabnie samą siebie w gazetach i Internecie. Następny wieczór, oślepiający  mnie błyskami i jaskrawymi kolorami, spędzony w sztywnej kreacji, od znanego projektanta, która nigdy nie okryje mnie na tyle długo, by dopasować się do mojej sylwetki.
Kolejny błysk, nieustający klik fleszów, chór głosów ludzi, których oddzielała ode mnie jedynie niska, licha barierka. Miało być jeszcze gorzej. Miliony widzów, skandujących twoje imię, domagających się uwagi i prywatnego przyjaznego uśmiechu, najlepiej z zamaszystym podpisem na własnej śliskiej, błyszczącej fotografii. Wiedziałam o tym wszystkim od samego początku, ale i tak postanowiłam wspiąć się na sam szczyt i podziwiać stamtąd jak zachodzi słońce nad Los Angeles. 
Przeszłam kawałeczek dywanem, robiąc miejsce kolejnym popularnym gościom. Po kolejnych  paru minutach wdzięcznego pozowania i sztucznych uśmiechów do obiektywu, poczułam delikatny uścisk na ramieniu. Zostałam poprowadzona pomiędzy różnymi rozmawiającymi wesoło wielkimi gwiazdami, które świetnie wiedziały co zrobić, by zostać zauważonymi przez ważnych i wpływowych dziennikarzy z najlepszych światowych gazet.
A jeśli już chodzi o gazety. Jedną z wszechwiedzących i najzacieklejszych przedstawicielek gatunku dziennikarzy była z pewnością niejaka Jane Holden, z którą byłam umówiona na krótki wywiad zaraz przed filmową galą, na której byłam nominowana w kategorii najlepsza młoda aktorka. Jane czekała na mnie przy jednym z bardziej oddalonych stolików w jeszcze pustej Sali, na której miała się odbyć oficjalna część filmowana ze wszystkich stron i puszczana na żywo w telewizji. Gdy do niej podeszłam, tylko skinęła na mnie głową. Jej fotograf wyskoczył z nikąd i zrobił mi kilka niespodziewanych zdjęć. Usiadłam i utkwiłam wzrok, w punkcie, gdzieś nad lewym ramieniem dziennikarki. Nie powiem, że lubiłam wywiady. Jak większość znanych ludzi, traktowałam je jako zło koniecznie, by nakarmić bestie. Jane odchrząknęła i odezwała się swoim rzeczowym i śmiesznie profesjonalnym głosem, który w jej przekonaniu miał mnie chyba nakłonić do głębokich zwierzeń, wyznawanych jej w ramię, ze łzami w oczach. Jane chyba przeceniała swoje możliwości:
-Jak się masz Carmen? – rozpoczęła. Od razu pomyślałam, że kobiecie przede mną, do Oprah brakuje i talentu i… całej reszty.
- Wszystko świetnie, dzięki. A u ciebie?- kochałam to hollywoodzkie spoufalanie się z obcymi ludźmi. Siedząc na pustej Sali, z Jane, która chłonęła każde moje słowo, jak gąbka SpongBob miałam z tego niezłą frajdę. Czułam się jak dziecko, jadące na rowerze z górki, bez sprawnych  hamulców. Odczuwa się wiele emocji. Strach, radość. Ma się wrażenie, że teraz można wszystko i nikt nie może cię zatrzymać, ale jednocześnie masz świadomość, że w każdej chwili możesz trafić na kamień, wśród traw i zaliczyć niezłą wywrotkę. 
- Przejdźmy od razu do rzeczy.-zakomenderowała Jane.- Jesteś piękną, znaną i do tego zdolną młodą aktorką, którą odkrył sam Tim Burton, znany z stworzenia wielu kinowych hitów. Nie ulega wiec wątpliwości,  że zostałaś na samym starcie rzucona na głęboką wodę i z zadziwiająca łatwością nauczyłaś się pływać wśród wszystkich tych grubych ryb… Osobiście nasz Depp’a i Helenę Bonham Carter, z którymi pracujesz na co dzień. Śmiem więc twierdzić, ze to ty jesteś odkryciem roku, które za godzinę, stanie na tej scenie, trzymając w ręku statuetkę dla najlepszej młodej aktorki. – jak powódź zalewał mnie potok jej słów  wyostrzonych pochwał. Z całej siły starałam się nie speszyć i nie poczerwienieć, jak stary pijak, ale nie za bardzo mi szła ta kontrola, której tak usilne próbował nauczyć mnie mój menager Jacob. Zaciskałam na podołku, mokre od potu dłonie. – A mimo to..- kontynuowała  Jane- wciąż jesteś samotna. Całkowicie do wzięcia i bez nikogo u boku, kto stanowiłby wsparcie w ciężkich chwilach kapryśnej sławy… Jest oczywiście niejaki Jacob Escann, twój zaufany menager, ale to chyba nie to, co? Nie ma iskry, tej chemii, to tylko praca, prawda? –dziennikarka wreszcie zamilkła, wpatrując się we mnie natarczywym wzrokiem. Zerknęłam ukrytkiem na stolik, na którym leżał mały, gustowny, włączony dyktafon. 
- Tak ,masz rację , co do Jacoba. To świetny kumpel i niezawodny przedstawiciel, który potrafi załatwić ci wszystko, czego potrzebujesz…., ale rzeczywiście, na naszej przyjaźni się kończy. Nie zastanawiałam już dawno, nad tym że w moim życiu nie ma nikogo, z kim chciałabym być. –zaśmiałam się, choć niestety mało przekonująco, co nie uszło uwadze  czujnej Jane . – Mam dużo obowiązków. Ciągle jestem albo na planie, albo w podnóży. Wiesz, u mnie ciągle się coś dzieje. Nie mam czasu na spokojne wypicie wieczornego kakao, więc sama rozumiesz, że nie ma praktycznie mowy o żadnym romansie. Nic by z tego nie wyszło…
-Czyli nie ma nawet cienia nadziei na jakiś związek? Musisz się czuć samotna, opuszczona, ba! Może nawet całkowicie nieatrakcyjna dla płci przeciwnej.– dziennikarka drążyła temat niestrudzona.
- Och, już nie przesadzajmy.- powiedziałam, przewracając oczami. Już wiedziałam, jaki jest główny i jedyny temat naszego wywiadu. –Może kiedyś natknę się na kogoś, komu moje zabiegane życie nie będzie przeszkadzać. Na razie najważniejsza jest dla mnie nowa rola i planowany za miesiąc, wyczekany wyjazd do rodziny w Arizonie, gdzie się wychowałam. 
Jednak fakt iż nie potrzebny mi na razie żaden chłopak i nieudana próba zwrócenia uwagi na mój fikcyjny wyjazd do Arizony, nie zagięła prostych i starannie wcześniej nakreślonych planów Jane, która postawiła sobie chyba za punkt honoru, wypytać mnie o wszystko, co związane z cholernym słowem : „Miłość”. Kilka razy nieudolnie próbowałam zmienić temat na jakiś  bardziej ogólny jak np. jaka jest atmosfera na planie lub czy podoba mi się wielki świat.  Do dziennikarki nic nie docierało i wciąż wierciła mi dziurę w brzuchu pytaniami o moje szkolne miłości i o wszystkich chłopaków, którzy kiedykolwiek się do mnie odezwali. 
Oprócz tego Jane prześwietliła wszystkich wolnych gwiazdorów Hollywood, niekoniecznie tylko w moim wieku, usilnie szukając mi partnera ( ona strzelała imię, a ja  wykręcałam się czym mogłam lub po prostu mówiłam dobitnie :NIE, nie zastanawiając się nawet o kim właściwie mowa.) Przez cały wywiad miałam wrażenie, że ktoś zapłacił dodatkowo Jane, po to by zmieniła się w namolną podstarzałą swatkę, która próbuje znaleźć swoje szczęście w szczęściu innych .
 Pod koniec wywiadu byłam wykończona, zła, głodna i przede wszystkim pewna, ze mój nastrój odbił się na moim wyglądzie. Gdy żegnałam się z Jane, przez chwilę musiałam walczyć z przemożną ochotą uduszenia jej gołymi rękami i wrzuceniu do ścieków pod miastem. 
Dziennikarka opuściła lokum , ludzie zaczęli się schodzić, a ja usiadłam przy swoim stoliku, przy samej scenie, przy którym siedziała już Helena B.C. i parę innych ludzi z obsady naszego nowego filmu. Helena odwróciła się do mnie i zajęła spokojną rozmową o niczym. Pomimo tego iż lekko mówiąc znielubiłam Jane, miała ona proroczą rację, jeśli chodzi o moją nominację. Rzeczywiście wygrałam, co już całkowicie wyeliminowało dziennikarkę z mojej głowy. Wygłosiłam krótkie, zwięzłe przemówienie, jakich wiele, z podziękowaniami dla wszystkich, łącznie z woźnym mojej podstawki, do której chodziłam dwa lata, bez którego nie byłoby mnie tutaj. Hahahah, taki głupi dowcip Carmen Michelson. Boki zrywać. 
Do końca całej gali miałam świetny humor i nawet najgłupsze, najbardziej sprośne i czerstwe żarty pary prowadzących rozśmieszały mnie do łez.    


                              

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

Wattpad